jesteś tu: Duszpasterstwo Ministrantów > Wywiady

Wywiad z Franciszkiem Kucharczakiem

Redaktorem graficznym "Małego Gościa Niedzielnego"

Franciszek Kucharczak Kim według Pana jest ministrant?

Na pewno nie wiewiórką. Generalnie też nie ułożonym, pobożnym chłopcem, choć tacy się może z rzadka trafiają. Ministrant kojarzy mi się z całkiem zwyczajnym chłopakiem, który robi coś niezwyczajnego, choć o tym za bardzo nie wie.

Jakie warunki powinien spełniać kandydat na ministranta?

Łatwiej mi będzie powiedzieć jakich nie powinien spełniać. Wszyscy, którzy na te antywarunki się nie załapią, moim zdaniem się nadają.

Więc jakie to antywarunki?

Ministrant nie może być chamem. Dotyczy to słownictwa i zachowania. Jeśli ktoś w mowie potocznej stosuje stale "partykuły wzmacniające", musi poczekać, aż mu to przejdzie, albo w ogóle przed ołtarz się nie pchać. Nie może pić alkoholu, palić, że o narkotykach nie wspomnę. Nie może być nieuczciwy. Zgarnianie pieniędzy dla siebie na kolędzie, kiedy ustalono np. że wszystko idzie do wspólnej kasy, jest również dyskwalifikujące. Co jeszcze? Nie może być kobietą. Mam nadzieję, że ta zasada u nas w archidiecezji utrzyma się jak najdłużej, choć nic przeciw kobietom nie mam.

Proszę powiedzieć, kiedy został Pan ministrantem?

W tamtym tysiącleciu. Był rok 1969. Miałem wtedy 7 lat. Przyjąłem wczesną Komunię św., co upoważniało mnie do tak wczesnego rozpoczęcia służby.

Jak wspomina Pan swoją pierwszą Mszę św. przy ołtarzu?

Pamiętam tylko takie migawki. Widzę siebie w rzędzie starszych kolegów. W środku ksiądz. Wszyscy stoimy tyłem do ludzi (bo jeszcze była liturgia przedsoborowa) i recytujemy ministranturę. Odmawiało się to na początku Mszy. Normalnie był to tekst łaciński, ale ja akurat trafiłem na krótki okres przejściowy, kiedy mówiło się ministranturę po polsku. Mimo tego nie mogłem nadążyć za pozostałymi, bo oni mówili jak nakręceni. Myślałem, że nigdy im nie dorównam. I to się sprawdziło, bo wkrótce wycofano i tę polską ministranturę. Więcej nie pamiętam.

Z czym mały Franek miał najwięcej problemów?

Z noszeniem mszału. Był bardzo ciężki a ja byłem mały. To groziło przewrotką.

Czy pamięta Pan swoją najśmieszniejszą sytuację?

Tak. U nas w parafii chodziło się na ofiarę przed ołtarz. Ministrant musiał wcześniej wynieść na środek stolik, na którym był krzyżyk do pocałowania i koszyk na pieniądze. Pod spodem, na półce, leżały pateny. Tego dnia byłem bardzo zaspany i nie bardzo wiedziałem, co robić. We właściwym momencie wyniosłem stolik, ale zapomniałem, że chodzi o ofiarę. Schyliłem się i zamiast wziąć krzyżyk, wyciągnąłem patenę. I stoję z tą pateną, czekając, aż ktoś podejdzie. Pierwsza była jakaś kobieta. A ja spokojnie czekam. Kiedy podeszła, podłożyłem jej pod gardło patenę. Do dziś pamiętam jej zbaraniałe spojrzenie. Oczy miała dokładnie okrągłe. W tym momencie pomyślałem: "Zaraz, co teraz miało być?". I otrzeźwiałem. Zachowałem się z godnością. Jakby nigdy nic schowałem patenę i podałem kobiecie krzyżyk do pocałowania. Ksiądz na szczęście nie widział, co się dzieje, bo stałem do niego tyłem.

Proszę powiedzieć, dlaczego warto być ministrantem?

Człowiek może w życiu robić różne rzeczy i każda z nich jakoś na niego oddziaływuje. Jeżeli znajdzie sobie podejrzane towarzystwo, sam może stać się podejrzany. Jeśli trafi do ministrantów, ma szanse przyjąć oddziaływanie ołtarza, co jest najlepszą z możliwych ewentualności. Choć wiele tu zależy od tych, którzy opiekują się ministrantami. I tyle.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

rozmawiał Marek Grzymowski

© A.D. 2003-2013 Redakcja ministranci.archidiecezja.katowice.pl