jesteś tu: Duszpasterstwo Ministrantów > Wydarzenia

Tańczący z... owcami (wspomnienia z rekolekcji 2004)

Męka przez jaką przeszedłem jest niewypowiedziana. Dla równowagi - radość także...

Miły przypadek

Nie będę ukrywał, że były to moje pierwsze rekolekcje wakacyjne. I śmiało mogę mówić o sporym szczęściu, bo od razu znalazłem się w kadrze animatorskiej. Chociaż słowo "znalazłem" to nienajlepsze orzeczenie w tym zdaniu. Zawiera bowiem w sobie element zaskoczenia i przypadkowości, a to w takiej sprawie nie zawsze kojarzy się pozytywnie. Jeden Pan Bóg wie - może to zrządzenie losu "wypchało" mnie na piedestał animatorskiej godności?

Majtek za burtą

Rekolekcje zaczęły się niemrawo. Najpierw ksiądz opiekun spóźnił się, biedaczek, z powodu zawodnego samochodu. W co jak w co, ale w historyjki z dziurawymi drogami w okolicach Żywca uwierzę. Uwierzę, bom widział i czuł. To było na początku. Potem te ciche i uszczypliwe docinki ze strony uczestników, plotkowanie za plecami i naburmuszone minki drwiących z każdego mojego słowa uczestników. Nagle z dobrego kumpla do pogaduchy, jak to u mnie w parafii, miałem się stać ambasadorem porządku i dyscypliny. To mnie mieli słuchać; nie na odwrót. Poczułem się jak niedoświadczony majtek wyrzucony za burtę okrętu podczas rozszalałego huraganu. Nagle miałem się użerać z rozsierdzoną hordą sięgających mi ledwo do pasa ministrantów podobnych raczej do wilków niż do owiec. Nie wiedziałem jeszcze, że wkrótce stanie się to tak... satysfakcjonujące.

Rekolekcyjny program polityczny

Szybko jednak przekonałem się, że serca moich podopiecznych nie są aż tak wrogie, jak wydawały się z początku. Potwierdziło się wyznawane przeze mnie prawo o równowadze stanowczości z dobrocią. Nie można być srogim tyranem z siekierą ani błaznem z grzechotką. Jedno i drugie prędzej czy później się odbije i wróci przykrym echem jak... ciężkostrawny obiadek. Osobiście musiałem pogodzić przyjacielskość i prześmiewcze podchodzenie do świata z szacunkiem i zmusić uczestników rekolekcji do przestrzegania tej mieszanki. Przynajmniej w mojej obecności. Utrwaliło się wówczas powiedzenie: Stwarzaj pozory: śmiej się kiedy żądasz, spoważniej kiedy żartujesz. Mam nadzieję, że jego słuszność poddam weryfikacji podczas kolejnych wyjazdów tego typu.

Zakłamanie i płyn do spryskiwaczy

To, że z ciszą nocną jest jak w więzieniu dowiedziałem się prędko i boleśnie. Nieustanne pilnowanie i szpiegowanie ministrantów w zimnym świetle latarki stało się nieodzownym elementem rekolekcyjnej nocy. Bogu dzięki - męczyło to nie tylko mnie, ale także i ich. Po kilku godzinach piskliwe i rozbestwione buźki uczestników milkły w duchocie "zachuchanego" pokoju, którego ciemność z rzadka zakłócały bezbożnie wyświetlacze telefonów komórkowych. I choć tak naprawdę trzeba dawać dobry przykład swoim podopiecznym, kumulowana przez cały dzień wesołość eksplodowała w nocy. Głównodowodzący (MG) dawał sygnał do niekontrolowanej głupawki (chroniczny napad śmiechu), a sąsiedni animek Skorupa wtórował mu parskaniem i podstępnym rechotem. Mój skromny udział ograniczał się tylko do rżenia. To jednak wystarczyło, aby pewnego razu nastąpiło samowylanie się pewnej cieczy z kubka. Nie było to zjawisko ani fizyczne ani chemiczne, a raczej paranormalne, zważywszy, że w kubku znajdował się serwowany całemu turnusowi płyn do spryskiwaczy. Od tamtej chwili wiem, co czuje każda ciężarówka...

Czyż może być ohydniejsza hipokryzja i obłuda nad tą? Uspokajać uczestników samemu robiąc larmo jak w walcowni?! Muszę jednak przyznać, że to słodkie zakłamanie bez konsekwencji wyszło mi na dobre...

Ale cóż - kiedyś trzeba się wyszaleć. Na szczęście ja trafiłem na liberalne, żeby nie napisać luzackie rekolekcje. W zasadzie dla ich uczestników nie mogło wydarzyć się nic gorszego. A to dlatego, że tym bardziej spodobało mi się wyjeżdżanie na rekolekcje i za rok jadę na pewno!

Drżyj nocna łobuzerko! Nadchodzę!

An-am (ten co był i nie żałuje)




© A.D. 2003-2013 Redakcja ministranci.archidiecezja.katowice.pl