jesteś tu: Duszpasterstwo Ministrantów > Wydarzenia

Wspomnienie o księdzu Henryku Markwicy

w 10 rocznicę Jego śmierci

Katowice, dn. 18.02.2009

Kiedy odchodzi przedwcześnie ktoś dla nas ważny możemy zasadniczo przyjąć dwie postawy: albo będziemy żałować, że nie zdążyliśmy się wystarczająco Nią nacieszyć, że było to stanowczo za krótko albo będziemy odczuwać w sercu wdzięczność, że kogoś takiego było nam dane poznać i że tyle ważnych dla nas wydarzeń mogło mieć miejsce. Mówiąc najogólniej i najprościej albo pojawia się postawa rozgoryczenia albo wdzięczności. W moich wspomnieniach o ks. Henryku Markwicy zdecydowanie dominuje postawa wdzięczności...

Miałem możliwość spotkać Go cieszyć się nim w osobistych kontaktach dwukrotnie. Po raz pierwszy prze kilka niezapomnianych tygodni stażu diakonackiego przed święceniami prezbiteratu w okresie Wielkiego Postu A.D. 1993 w parafii św. Jadwigi w Chorzowie, w której jak wszyscy dobrze pamiętamy pełnił posługę proboszcza, będąc jednocześnie Dziekanem Dekanatu Chorzowskiego a przede wszystkim Moderatorem Ruchu Światło-Życie w naszej Archidiecezji. Po raz drugi rok później, w czasie letnich wakacji, kiedy to wyjechaliśmy obaj do Jego umiłowanego Krakowa na całe dwa lub trzy dni.

Jako młody człowiek, mający przyjąć święcenia, spragniony byłem praktyki duszpasterskiej i miałem ogromny głód wiedzy. Dzięki temu bardzo lubiłem słuchać doświadczonych i mądrych kapłanów, zadając im bez żenady wiele pytań, nieraz natury osobistej. Ponieważ ks. Henryk był chodzącą encyklopedią wiedzy o Śląsku i o Kościele a jednocześnie człowiekiem niezwykle otwartym i mającym niebywałą łatwość w wyrażaniu swoich opinii na każdy temat spotkania i rozmowy z Nim odbyte wywarły na mnie wielkie wrażenie pozwoliły sprecyzować wiele ważnych zasad kapłańskiego życia.

Jest kilka kluczowych pojęć, które najzwięźlej wyrażają fenomen ks. Markwicy:

Po pierwsze, ubóstwo, wyrażone tak szokująco w Jego testamencie (cytuję z pamięci): "nic nie posiadam a jeżeli wydawało by się że coś posiadam, wszystko to należy do Kościoła". Był naprawdę człowiekiem ubogim w najlepszym tego słowa znaczeniu. Jeśli ktoś był choćby raz w jego pokoju, wie o czym mówię. W porę porozdawał wszystko co miał i był bardzo hojny!

Po drugie, dar słowa. Jego homilie, a słyszałem ich kilkanaście, były niezwykłe! Do dziś pamiętam fragmenty kilku z nich choć minęło już kilkanaście lat!

Po trzecie, wiedza, a właściwie "mądrość". Jego znajomość historii, zwłaszcza Śląska, zadziwiała.

Po czwarte, szczerość. Był prostolinijny wobec wszystkich, co niestety zniechęcało wielu. Jak to mówi młodzież, potrafił "wypalić z grubej rury".

Kolejną Jego cechą charakterystyczną było umiłowanie Kościoła. Jak prorok niezwykle emocjonalnie przeżywał wszelkie zjawiska targające Kościołem i diagnozował je dosadnie.

Miał także rzadką umiejętność trafnej ironii. Porównał bym Go tu do królewskiego błazna - Stańczyka.

Był autentycznie duszą towarzystwa. Nie zapomnę ilości czasu spędzanego każdego dnia przy stole w gronie kilku kapłanów.

Był pasjonatem muzyki gregoriańskiej i Liturgii z jej głębokim sacrum oraz pedagogiem, który potrafił zachwycać innych, opowiadając z pasją i zabierając innych w niezwykłe miejsca.

Przez większą część swojego życia nosił głęboką ranę w sercu spowodowaną przez ustrój słusznie miniony. Dziś wiem już dlaczego nie mógł wyjechać na studia zagraniczne do Rzymu... Nie podobał się ówczesnym władzom. Nigdy nie pogodził się z tym i zawsze zachęcał by się kształcić.

Charakteru łatwego nie miał jednak to, ile zawdzięczali mu ludzie, dowiedzieliśmy się dopiero w dniu pogrzebu... Nigdy nie zapomnę olbrzymiego kopca z kwiatów, który powstał, gdy wszyscy niezwykle licznie zgromadzeni uczestnicy pogrzebu złożyli na jego grobie swoje wiązanki! Tego nie widziałem Nigdzie, To najwymowniej świadcz o tym, jak konsekwentnie realizował jedno ze swoich naczelnych haseł: "MIŁOŚĆ JEST TO TRACENIE CZASU I PIENIĘDZY".

Aby być na Jego pogrzebie pokonałem ok. 1.500 km (studiowałem wtedy za granicą) i wyznam szczerze, że do dziś pamiętam wiele szczegółów z tej niezwykłej uroczystości, jak zapewne większość uczestników, mimo, że 18 lutego minęło już 10 lat od dnia Jego śmierci.

Był to doprawdy człowiek i kapłan niezwykły... Do dziś widzę jego charakterystyczną twarz z przymrużonym jednym okiem... i słyszę jego głos i po lwowsku wypowiadane "ł"...

Bogu dziękuję, że dane mi było poznać Go bliżej.

Wybaczcie mi ten osobisty ton... To też o czymś świadczy... 

Ks. Jacek Plech
Od redakcji: Serdecznie dziękujemy ks. dr. Jackowi Plechowi za słowo, które przybliżyło osobę ks. Henryka

© A.D. 2003-2013 Redakcja ministranci.archidiecezja.katowice.pl