jesteś tu: Duszpasterstwo Ministrantów > Wydarzenia

Kupa mięci

Rekolekcje dla Animatorów - Brenna, 9-16.08.2004

Jeden z uczestników rekolekcji animatorskich "na żywca" (bezalkoholowego!) zapisywał co czuje i myśli w danym dniu rekolekcji. Odczucia przelewał na papier, następnie na dyskietkę i tak dostało się to w nasze redakcyjne ręce. Oto skutek.

Dzień I

To zawsze czas pierwszego poznania się. Jak w pojedynku boxerskim - zawodnicy najpierw próbują wyczuć, na ile mogą sobie pozwolić na zuchwałość, a ile muszą zachować dystansu. Jedyna różnica między rekolekcjami a tym sportem walki - nikt nie odnosi obrażeń. Przynajmniej fizycznych... Na moich rekolekcjach ta runda spotkania przebiegła łagodnie i bezboleśnie. W tym dniu jesteśmy przydzielani do poszczególnych grup (nie zawsze takich, do jakich byśmy chcieli...). Mnie przypadła w udziale grupa diakona Rafała. To zmusza nas do jeszcze większej potrzeby poznania się i zaakceptowania. Dziś pierwsza Eucharystia. Była naprawdę wspaniała...


Dzień II

Odwiedzając innych ministrantów przebywających na turnusie w pobliskim ośrodku coś sobie uświadomiłem. Pomimo zmieniających się czasów co roku chętnych do wakacyjnych rekolekcji nie brakuje. I to jest pocieszające. Co u nas? Wieczorem po mszy św., co zdarzało się bardzo często - śpiewaliśmy i ćwiczyliśmy... tańczenie menueta. Szkoda, że sami ze sobą... Później okazało się, że w tym samym ośrodku mieszka grupa Oazy z Kielc. Było już po co ćwiczyć...


Dzień III

Pół dnia zmagaliśmy się z nieubłaganą i odwieczną stromizną pewnej beskidzkiej góry. Nasze zmęczenie i - w niektórych wypadkach - zwątpienie, mogło przypominać nieco drogę krzyżową. Oczywiście nie takich rozmiarów i znaczenia, jak ta sprzed 2000 lat. Podczas wyprawy zbieraliśmy też grzyby w lesie. Te, podczas ich konsumpcji stały się powodem moich przemyśleń nad kruchością i ulotnością ludzkiego życia... Wizja śmiertelnego zatrucia grzybami (nieuzasadniona) nieoczekiwanie nawiązała do homilii naszego x. opiekuna. To ostrzegało nas przed tym, że nasi bliscy mogą nieoczekiwanie odejść do Pana, nie pojednawszy się z nami. Z nami, którzy za życia zbyt mało ich kochaliśmy, żywiliśmy żale lub kłóciliśmy się z nimi. Przy żartobliwych komentarzach w stylu: "To nasza ostatnia wieczerza", lub "Proszę księdza! Kiedy będzie okazja do ostatniej spowiedzi?" zadałem sobie pytanie: Co by było, gdyby dzisiejszy dzień był moim ostatnim? Mimo wszystko dzień upłynął wspaniale. Wspólny pogodny wieczór z zaprzyjaźnioną grupa Oazy z Kielc zakłócił nam tylko wynik meczu z Krakowa. Wisła - Real 0:2. A tak się modliłem...


Dzień IV

Kolejny dzień, w którym niemal tracę głos od śpiewania. Z resztą to zdarza mi się coraz częściej. I dobrze, bo kto śpiewa, podwójnie się modli. Głos tracę też od nieustannego śmiechu. To świadczy o klasie rekolekcji.

Przed południem rozegraliśmy także morderczy mecz z naszą kadrą. Naszych fauli oczywiście nie było...

Wieczorem rozpoczął się trwający cztery dni festiwal wymyślania nazw kończących się na -acja lub -icja. Przypomnieliśmy chyba z 200 haseł! Zajęcie bądź co bądź dziwne, ale rozwijające różnorodność słownictwa. Tak to sobie tłumaczyłem...


Dzień V

To dzień, którego nie zapomnę. Po raz pierwszy w życiu śpiewałem psalm responsoryjny na mszy św. Wprawdzie moje nogi przypominały dwa słupy z galarety, a kręgosłup stał się wielkim wodospadem potu, ale to nic. Być może odkryłem w sobie jakieś nowe zdolności... W każdym bądź razie - wrażenie było niezapomniane. Cały ten czas - dzień V, starałem się wraz z jednym z uczestników szczególnie poświęcić zbliżeniu się mej wiary ku Maryji. Z resztą cały ten wyjazd był podporządkowany temu zadaniu.

Wieczorna modlitwa spontaniczna przy Najświętszym Sakramencie wprawiła mnie we wzruszenie. Było niepowtarzalnie...


Dzień VI

Uczepił mnie się taki jeden. Siedział i nie chciał się odczepić. Próbowałem go usunąć, ale się nie dał. To był kleszcz. Każdemu się może zdarzyć. Wkrótce jednak szczypce zmiażdżyły mu głowę. Dziś też odwiedzili mnie dobrzy znajomi ministranci. To na rekolekcjach zdarza się b. rzadko. Ale tym razem byli to również goście zaproszeni przez ks. Grzegorza na spotkanie z nami. Połączyło się więc przyjemne z pożytecznym. Wieczorem była kolejna msza św., po której znów po raz kolejny omal nie utraciłem głosu od śpiewania. Atmosfera wspólnoty i radość z niej wynikająca wypełnia czas rekolekcyjny. Nawet ten, którego nie było - czas wolny...


Dzień VII (Dies Domini) - ostatni

W ogóle staram się nie myśleć o wyjeździe. Odczuwam duży postęp w moim postanowieniu (patrz dzień V). Spotkania w grupach, które są genialne, utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto wierzyć w Matkę Boską. Później była uroczysta Eucharystia. Świece, kadzidło, procesja z pompą i ewangeliarzem, 14 zwrotek hymnu Ciebie Boga wysławiamy... Chyba nigdy nie uczestniczyłem w czymś takim. Nawet Liturgia Wlk. Czwartku czy Wigilii Paschalnej, choć piękna, nie jest tak radosna i przejmująca. Nawet dym z kadzidła, które trzymałem nie był mi w stanie przesłonić piękna, ani zepsuć przeżywania tej mszy. W przeciwieństwie do mojego niedotlenionego i ledwo żywego kolegi nawikulariusza...


Wyjazd

Jadę z Brennej wcześnie rano (5:50), niemal o świcie, kiedy jeszcze wszyscy jak na złość - smacznie chrapią. Teraz doceniłem to, że przez cały turnus wstawaliśmy o 7:30. Czuję się, jakbym wyjeżdżał z własnego domu. Czułych pożegnań nie dało się uniknąć. Jeszcze tylko spisać czyjś adresik, telefonik, mejlik. Potem plecak na furę, spojrzenie na ośrodek i pędzimy drogą jak smok. Nic się nie stało - wrócę tu za rok!!!

uczestnik rekolekcji
przyg. An-am

© A.D. 2003-2013 Redakcja ministranci.archidiecezja.katowice.pl