jesteś tu: Duszpasterstwo Ministrantów > Felietony

Tolerancja czy szczerość?

Sam nie wiem jak zabrać się do tak trudnego tematu. Nie wiadomo, czy moje poglądy nie obrócą się przeciw mnie, jako publicznemu głosicielowi swoich myśli. A te są nieraz kontrowersyjne, problematyczne a czasem nawet... własne.

To boli. To bardzo boli. Kiedy są wokół nas osoby, których najchętniej wysłalibyśmy na Marsa bez maski tlenowej. Czasami mamy ochotę publicznie czy nie, obrzucić ją gradem inwektyw czy cierpkich słówek prawdy i szczerości. Mało jest ludzi tolerancyjnych. Ech! Ale co to w ogóle jest ta tolerancja? Czy nie jest to czasem ubzdurane przez ludzkość przepisidło, które każe nam wbrew sobie, przy zaciśniętych zębach i przydeptanym sumieniu milczeć, żeby komuś było przyjemnie? Oszukując samych siebie i swe poglądy mamy nasz język zawiązany "dobrą kulturą". Nie twierdzę, że nie jest to dobre. Czasami lepiej obejść coś, co nas razi i irytuje, zamiast wylewać nad tym potoki słów i drażnić samego siebie. Tyle, żę działając przeciw swoim przekonaniom i odczuciom męczymy się. A życie, jak na złość - jest jak kolejka górska- krótkie, zazwyczaj mało przyjemne, a czasem nawet kończące się nieszczęściem. Niestety jednak- mamy je tylko jedno. I tu pojawia się jedno z odwiecznych, pokrytych już kurzem historii pytań ludzkości. Czy lepsza bolesna prawda, czy słodkie milczenie. Akurat ten, co rzekł niegdyś, że pierwsze (mowa) to srebro miał rację. Ciężko jest wygarnąć komuś jego paskudne cechy i drażniące nas nawyki (palenie, obgadywanie, kumoterstwo) tak, aby nazajutrz nie zobaczyć jego nekrologu w gazecie.

Z własnego doświadczenia mam do czynienia z pewną kobitą, z którą trudno o tolerancję. Połączyła z nią mnie moja kochana szkoła. Pyskliwe to to, denerwujące, a i lizusostwem grzeszy non stop. Sądzę, że gdybym był uczulony na wazelinę, dawno już wstrząs anafilaktyczny spowiłby, a robaki stoczyłyby me ciało. Czasami wydaje się, że mógłbym wyjść z sali, pozostawiając ją wraz z belfrem w kumpelskiej niemal atmosferze, a i tak nikt by tego nie zauważył. Uważa się za lepszą od innych, tworząc wokół siebie klimat wyższości i majestatu. Muszę tu bezczelnie dodać, że, jak świetnie zaznaczył to Zbigniew Morsztyn w swoim Trenie żałosnym, ciężej i boleśniej spada się z wyższych schodów, niż z niższych. Jednak to tylko jeden z wielu takich "śliskich" przypadków.

Wróćmy do wątpliwości. Prawda, czy milczenie. Gdybym odważył się powiedzieć jej otwarcie to co o niej myślę, już dawno goniłaby mnie z kosą. Poza tym sumienie bardziej by bolało, niż zadane wówczas rany cięte i kłute. Z drugiej strony moje zęby już nie wytrzymują nacisku, jaki muszę wytworzyć, aby powstrzymać się od komentarza na jej temat. Prawda boli. Tylko czemu dotyczy to wszystkich wokoło, a nie źródła całego nieszczęścia? Dlaczego na słońcu jest gorąco i na ziemi też jest gorąco, a w jej przypadku jakoś na opak? I to jest straszne w tego typu osobach - wszechobecne zaślepienie. Jej ostentacyjne lizusostwo i profesjonalnie wytrenowana bezczelność osiągnęły już taki poziom, że sama nie jest w stanie tego zauważyć. Jeśli nikt nie wprowadzi ją w świadomość tego, że dla wielu, bardzo wielu ludzi jest denerwującym stworzeniem, może albo sama kiedyś zawieść się na sobie, albo umrzeć w nieświadomości.

Prawda może bardzo ranić drugiego człowieka. Sądzę, że prawie tak silnie jak kłamstwo, co wyklucza jednak możliwość postawienia między tymi wartościami znaku równości. Dlaczego? Zawsze uważałem, że obok skuteczności i celu najbardziej liczą się zamiary i chęci. Przykład. Jasio okłamał mamusię, że dostał dziś lufę w szkole, bo miała urodziny. Nie chciał jej popsuć dnia. Był dobrym dzieckiem. Bogu dzięki okazało się, że sprawdzian Jasia zaszelątał się pomiędzy innymi pracami i pani myślała, że Jasiu to leser i nierób. Wkrótce poprawiła mu ocenę na... trzy z plusem. Jasio i tak dostał w tytę, ale już nie w urodziny mamusi. Intencje jego postępowania (kłamstewka) były więc szlachetne i w gruncie rzeczy - nieszkodliwe. Sytuacja druga. Kasia cieszyła się podczas wakacji, że poznała super koleżankę. W rzeczywistości ona była notoryczną morderczynią mrówek i żab, w dodatku przeklinała, stanowiąc zagrożenie dla nieskażonego umysłu Kasi. Wyjazd już się kończył, więc po przyjeździe Kasia zapewne szybko zapomniałaby o "wspaniałej" koleżance. Autentyczna prawda o znajomej nie miała już więc żadnego znaczenia. Ale Monisia - zazdrosna i zapalczywa siostra Kasi, powiedziała całą prawdę o nowopoznanej dziewczynie. Wygarnęła nawet to, że zabijała żaby. Kasia wpadła w depresję i rzęsisty płacz, tracąc wiarę w prawdziwą przyjaźń i ludzi. W życiu Kasi nastał okres zwany Totalnym Kanałem. Te dwa, prozaiczne i proste jak pewna budowla w Pizie przykłady stanowią koronny dowód na to, że mówienie prawdy, szczerość oraz milczenie-tolerancja są bronią o dwu końcach. Zależnie od jej użycia stają się albo środkiem destrukcji albo źródłem dobra. W gruncie rzeczy prawie nic na ziemi nie jest złe; z góry zaprogramowane na szkodliwość. Wszystko leży w intencjach "użytkowników" i ich woli, a nie w naturze "narzędzi".

Tolerancja. Niczym pozostawione na stole resztki jedzenia - zepsuła się w dzisiejszych czasach. Stała się pewnym usprawiedliwieniem niesprawiedliwości, kombinatorstwa i zła. Przechodzi się obok niego z dystansem, aby "nie naruszyć czyichś przekonań czy praw". Ale w moralności i religii nie ma tolerancji dla zła. To powinno być tępione na całej linii frontu.

Każdy w końcu ma jakiś wybór: prawda albo milczenie. Co wybierzesz?

an-am

© A.D. 2003-2013 Redakcja ministranci.archidiecezja.katowice.pl