jesteś tu: Duszpasterstwo Ministrantów > Felietony

Igrzyska skończone, choć czas zacząć nowe!

Przekrój całych tegorocznych mistrzostw Europy w piłce nożnej, a zwłaszcza ich decydującej fazy w artykule trzeźwo patrzącego już na piłkę an-am'a.

Zakończyło się wielkie widowisko nie tylko europejskie, ale i światowe. Za nami wspaniałe gole (Szwedów, Czechów czy Duńczyków) i niecodzienne wydarzenia (wierny kibic Barcelony, który wbiegł na murawę podczas meczu finałowego). I jak zawsze to, na co czekają nie tylko kibice, ale przede wszystkim managerowie klubów; wielkie objawienia i debiuty (Whyne Rooney z Anglii czy Christiano Ronaldo z Portugalii), ale także smutne i bolesne kresy piłkarskich karier (wielu Francuzów, Włochów czy Holendrów). Minione Euro spokojnie mogę nazwać zwycięstwem taktyki i żelaznej dyscypliny. Jest tak, ponieważ właśnie Grecy i Czesi poddając się tym dwóm siłom dotarli aż tak daleko i zdziałali więcej, niż jedenastki pełne przereklamowanych lub przemęczonych gwiazd. Opadły już moje emocje i żale - można więc obiektywnie ocenić mistrzostwa Europy. Oto te reprezentacje, które dotarły do strefy medalowej.

Miejsca III/IV:

HOLANDIA

Pierwszy raz od trzech największych turniejów (ME'96 z Niemcami, MŚ'98 z Brazylią, ME 2000 z Włochami) Holendrzy przełamali niemoc graniczącą z niedołęstwem w strzelaniu rzutów karnych. Apogeum ich pięty Achillesowej przypadło cztery lata temu w półfinale... ME z ekipą Włoch. Wtedy to zmarnowali aż dwa karne w regulaminowym czasie gry (F. de Boer i P. Kluivert) oraz trzy "karniaki" w konkursie, mającym wyłonić finalistę. Czarną gwiazdą tamtego dreszczowca był niewątpliwie kapitan Holandii - Frank de Boer. Od tamtej pory, kiedy nie strzelił dwóch jedenastek nie zbliża się już do "wapna", aby próbować zaskoczyć bramkarzy rywali. W tym roku jednak najbardziej pogrążeni w depresji piłkarze Europy stanęli na wysokości zadania pokonując w ćwierćfinale świetnie grających Szwedów 4:5. W półfinałowym pojedynku z gospodarzami - Portugalią zagrali jednak zbyt bojaźliwie i zachowawczo, do czego przyczynił się też ich "wspaniały" trener - Dick Advocat. W rezultacie odpadli z mianem drużyny niespełnionej i niewykorzystującej swych ogromnych umiejętności z miejscem III/IV. Ja osobiście stawiam ich na czwartym, najniższym miejscu podium.

WNIOSKI:

Holendrzy odpadli, bo zbyt dużo sił kosztowała ich wcześniejsza potyczka ze Szwedami, w której musieli zagrać aż 120 minut z karnymi włącznie. Wcześniej z wyczuciem godnym kata swoją drużynę zwycięstwa pozbawił trener Advocat. Mowa oczywiście o meczu z Czechami, kiedy fatalnych zmian zawodników dokonał przy stanie 2:0. Nic nie byłoby w tym zdrożnego, gdyby nie to, że w 90 minucie na tablicy wyników był wynik... 2:3 dla Czechów. Fala krytyki, jaka prześlizgnęła się po karku holenderskiego selekcjonera była zupełnie zasłużona - jego podopieczni musieli do końca rozgrywek grupowych mordować się z Łotyszami. Trudno z kolei wskazać tą formację zespołu, która ewidentnie zawaliła mecz z Portugalią. Dobrze spisywał się bohater karnych ze Szwecją - bramkarz Edwin van der Saar. Obrońcy, zwłaszcza Jaap Stam grali bez zarzutu. Chyba winnych należy upatrywać wśród graczy ofensywnych. Z taką bojaźnią, z jaką przystąpili oni do meczu, jeszcze przed publicznością gospodarzy było już wiadomo, że finał odjedzie daleko. I tak też się stało. Po odpadnięciu Holandii z mistrzostw wielu zawodników podstawowej elity piłkarskiej zapowiedziało zakończenie kariery reprezentacyjnej (m.in. V. d. Saar, F. de Boer czy E. Davids). Może to i dobrze - oni swoje już zrobili, grając wspaniale i widowiskowo przez prawie dekadę. Czas ustąpić miejsca nowym, niemniej utalentowanym graczom.

Mianem najlepszego w ekipie "Oranje" określiłbym młodego, lecz grającego niezwykle dojrzale Arjena Robbena. Tego, którego zdejmując w meczu z Czechami trener Holandii omal nie doprowadził do klęski na Euro 2004. Słowa uznania kieruję także w stronę wiecznie młodego i żwawego Edgara Davidsa. To człowiek o żelaznych płucach, pitbul i byk w jednej osobie, harujący jak dziki osioł pomocnik, dla którego "nie ma zmiłuj się" i "zostaw". On zna tylko walkę, walkę i jeszcze raz walkę. A mina, jaką posłał w kierunku ławki rezerwowych po obronionym karnym Van der Saar na długo zostanie w mej pamięci.

CZECHY

Kiedy piszę nazwę tego kraju w tej części tekstu wydaje mi się, że zwariowałem, albo nabawiłem się zgąbczenia mózgu. Jeszcze przed 1/2 finału z Grecją nie było innej możliwości, jak tylko zwycięstwo tej drużyny w całym turnieju i to w stylu godnym naprawdę Mistrza Europy. Jeśli ktoś powiedziałby mi, że nasi południowi sąsiedzi; Pepiczki, które zdemolowały Holandię w grupie, przygasiły lont duńskiego dynamitu w ćwierćfinale (3:0) i były milion miejsc wyżej w rankingu FIFA od Grecji, odpadną, hmmm... Wyśmiałbym go szyderczo i złośliwie puknąłbym go w mózgoczaszkę. A jednak. Taki postęp, jaki poczynili Czesi od ostatnich mistrzostw nie udał się nikomu. Wcześniej w 2000 przegrali dwa mecze i odpadli już w I rundzie. Sygnałem o podwyższonej formie podopiecznych trenera Karela Brücknera było zwycięstwo 3:1 nad... Holandią w eliminacjach do Euro 2004. Był to naprawdę wspaniały mecz. Ale ten, jak i wszystkie inne spotkania na mistrzostwach przyćmiła konfrontacja z Holendrami w drugiej rundzie spotkań grupowych. Do 17. minuty przegrywając już 2:0 nie przestraszyli się, ale konsekwentnie wzmacniali swoją siłę ognia. Po cudownym, szybkim i wspaniałym technicznie meczu z obu stron, Czesi wygrali 2:3. Dalej w zupełnie rezerwowym składzie pewnie pokonali (jeszcze) wicemistrzów świata - Niemców. Piszę jeszcze, bo z taką formą i zawodnikami niepewna wydaje się nawet ostoja i najrówniej grający z Niemców - Oliver Kahn. Po odprawieniu ich z kwitkiem do rozwścieczonej ojczyzny, Czesi niczym profesorowie ukorzyli Duńczyków, karcąc ich po trzech kontratakach trzema golami, w tym pięknym lobem Milana Baroša. Widać skuteczność 100%, a i przy okazji na pierwszorzędną gwiazdę mistrzostw wyrósł sam Baroš, stając się także królem strzelców z 5. golami na koncie. Ech... gdzie te mistrzostwa, gdy Michel Platini strzelał dziewięć bramek w turnieju... Przed meczem z Grecją można było już w ciemno kupować bilet na finałowe spotkanie w Lizbonie, na sektor dla kibiców Czech. Ale...

Wydarzyło się nieszczęście. Po 23. minutach całkiem dobrej gry, kiedy Pepiczki powinny prowadzić już 3:0, groźnej kontuzji doznał lider drużyny - Pavel Nedved. Nie bez przyczyny został on w 2003 roku laureatem Złotej Piłki. Dla reprezentacji Czech i Juventusu Turyn to motor i dusza drużyny, człowiek orkiestra, bez którego drużyna kuleje i fałszuje. Uraz stawu skokowego stał się na tyle poważny, że musiał on opuścić boisko. Stało się to ze łzami w oczach nie tylko samego Nedveda, ale i wszystkich fanów czeskiej piłki, moich także. Bez niego już nic nie było tak łatwe. Każda akcja Czechów była słaba i w dodatku okupiona wielkim wysiłkiem. Rozstrzygnięcie padło dopiero w dogrywce. Srebrnego, choć prawdę mówiąc złotego gola, strzelił po rzucie rożnym głową obrońca Grecji - Dellas (105 min.). Był to złoty gol eliminujący Baroša i spółkę, bo tuż po jego strzeleniu sędzia odgwizdał koniec meczu. Nastało zdumienie, smutek i poczucie ogromnej, piłkarskiej niesprawiedliwości...

WNIOSKI:

Czechy powinny bez problemu wygrać! Zasłużyli na to jak żadna inna reprezentacja na Euro. Zawsze jako pierwsi tracili bramkę (poza meczem z Danią) i zawsze nie tylko wyrównywali, ale wygrywali. Grupę opuścili jako jedyni z turnieju z 9 punktami za trzy zwycięstwa. Pokazali, że nie mają właściwie kadry A i B. 22 z 23 powołanych zawodników zagrało na mistrzostwach! Rezerwowym składem z dwoma tylko podstawowymi graczami (Grygerą i Jankulovskim) zwyciężyli Niemców. Mieli świetnie zorganizowaną obronę, ale przede wszystkim nie bali się atakować, w czym tkwiło zawsze piękno meczów z ich udziałem. W dobrze dobranym składzie, przez drugiego najlepszego trenera mistrzostw, mieli aż sześciu typowo ofensywnie grających piłkarzy! Udowodnili, że mieszanka "starych" boiskowych weteranów - Smicera, Poborsky'ego z młodzieżą - Barosem, Heine czy Ujfalusim, może dać znakomite rezultaty. Formą błysnął Nedved, który swym atomowym strzałem omal nie złamał poprzeczki w meczu z Holandią! Gole jak na zawołanie strzelał Milan Baroš, który teraz, po mistrzostwach jest już chyba nie do kupienia przez żaden klub. Sądzę, co ja mówię; jestem absolutnie przekonany, iż gdyby Grecy strzelili gola na początku dogrywki, a nie na końcu, Czesi wzięli by się ostro do roboty. A mając w pamięci mecz z Holandią, wiemy jak by się to zakończyło. Dlatego też ich zespół dostał od mnie bezapelacyjnie pierwsze miejsce na podium, a od nieubłaganego losu; niestety trzecie.

Teraz można tylko:
a) żałować, że Pavel Nedved nie mógł zagrać całego meczu półfinałowego, gdyż Czesi na pewno by go wygrali,
b) zazdrościć, że niecałe 100-200 km pod naszą południową granicą urodzili się tacy piłkarze, a my co...

Szkoda tego pechowego półfinału - za cztery lata Czesi mogą nie być tak na fali jak dziś, a poza tym wiek robi swoje i nie wszyscy będą tak młodzi i żwawi jak teraz. Np. Pavel Neved będzie miał już 36 lat. Nie można go jednak przekreślać. To zawodnik, który ma jeden wyjątkowy gen piłkarski w sobie. Nazywa się walka, walka, walka... Tak mi szkoda tego niespełnionego pokolenia zawodników, że mogłem napisać tylko jedno:

Żal duszę ściska, serce boleść czuje,
kiedy po meczu Grek się znów raduje,
żal mi ach żal mi, czeskich świetnych graczy - serce me płacze,
Piękno futbolu, traci na tym wiele,
że już odpadli nasi przyjaciele,
Czechów co pięknie Holandię ograli;
Grecy skopali,
Wnet się zmieniło mistrzostw oglądanie -
W rzewne płakanie


(do melodii Gorzkich żali; Hymn)
Miejsce II, wicemistrz Europy

PORTUGALIA

Tak też się złożyło, że w finale spotkały się po raz pierwszy w historii te drużyny, które grały podczas meczu otwarcia. Pamiętamy, jak po tamtym pamiętnym dla gospodarzy spotkaniu Portugalczycy grali nerwowo z Rosją i Hiszpanią. To były mecze z tych tzw. o wszystko, gdzie każdy najmniejszy błąd równy jest porażce. Nóż na gardle miał także brazylijski trener Scolari, który przyrzekł Portugalczykom w całym kraju, że nie spocznie, dopóki nie doprowadzi reprezentacji do finału. Słowa borok dotrzymał, ale po drodze namęczył się i nastresował co nie miara. Bardziej odpowiedzialne i męczące jest tylko prowadzenie Brazylii - każde miejsce poniżej złotego medalu w jakimkolwiek turnieju jest klęską narodową, a imię trenera można spotkać na każdym niemal murze od Sao Paulo do Rio de Janeiro i od Boa Visty do Porto Alegre i to bynajmniej nie w pochwałach. Kiedy dwa lata temu zdobył mistrzostwo świata... krytykowano go za styl odniesionego zwycięstwa! Brazylia to kraj o tyle fanatyczny, co niewdzięczny. Jednak tym razem Scolari dał sobie radę z olbrzymią presją gospodarzy turnieju. Pomimo zarzutów o wprowadzanie w ekipie sporów i zbędnych napięć, Portugalczycy z Louisem Figo i wschodzącą gwiazdą piłki - Christiano Ronaldo, dotarli do ćwierćfinału. Tam już czekała na nich krwiożerczo nastawiona Anglia - zdobywcy największej liczby goli w fazie grupowej, na czele z najbardziej przereklamowanym graczem na Ziemi - Davidem Beckhamem. Po niezapomnianym i dramatycznym meczu, doszło do dogrywki. W tej padły aż dwa srebrne gole, co doprowadziło do rzutów karnych. Anglicy na MŚ'98 odpadli właśnie po nich z Argentyną, zaś Portugalczycy plują sobie w brodę do dziś po "złotym karnym" w dogrywce z Francją, która cztery lata temu pozbawiła ich szans na finał. Czarny sen Albionu się spełnił; klapka na oczach Beckhama i w rezultacie piłka, zamiast w siatce Portugalczyka Ricardo, znalazła się w 17. rzędzie siedzeń na stadionie da Luz w Lizbonie. Trzeba wspomnieć, że na tym Euro Beckham już raz zmarnował jedenastkę; w meczu z Francją. Topór na głowę Anglikom spuścił jeszcze Darious Vassel, którego strzał obronił Ricardo. Ten sam zawodnik pogrążył chwilę potem "ojców futbolu". Całe szczęście - mnie, jako Polakowi nie wypada wręcz kibicować Anglikom, więc z tej porażki rad jestem niezmiernie...

A finał? Znowu to samo - bramka Greków padła w identyczny sposób jak zabójcze gole zaserwowane Francuzom i Czechom; po rzucie rożnym. Tym raz piłkę wklepał do bramki głową Angelos Charisteas. Zamęczona i bezsilna Portugalia nie potrafiła już odrobić strat. Ostatecznie kapitana gospodarzy turnieju - Figo ośmieszył i pogrążył psychicznie pewien kibic. Wbiegając na murawę stadionu w 85. minucie rzucił mu w twarz szalikiem klubu FC Barcelony, w którym kiedyś występował Figo. Teraz jednak gra on dla największego wroga ligowego Barcelony - Realu Madryt... Ten symboliczny gest dał wiele do myślenia zapewne nie tylko fanom piłki, ale i samemu Louisowi Figo. Poza tym zapamiętamy na pewno to wydarzenie, jako kolejne "dziwadło" piłki nożnej.

WNIOSKI:

Srebrne medale dla Portugalczyków są jak najbardziej zasłużone. Z meczu na mecz grali coraz lepiej i skuteczniej. Eksplodował przed kamerami talent młodego Ronaldo, na którym Manchester United zrobi jeszcze złoty interes. Jego wspaniałe podania i dryblingi oraz lekkość z jaką popisywał się piłką w obecności swych doświadczonych kolegów z drużyny są godne pochwały. Jakiś większy sukces przypadł w końcu odchodzącym wielkim postaciom futbolu portugalskiego: Louisowi Figo, Rui Coscie czy Fernando Couto. Bo co tu dużo mówić - cała reprezentacja grała dobrze, ale na mistrzostwo było to za mało, w obliczu tego, co pokazali Czesi czy Grecy. Największą zaletą i niewątpliwie najlepszą formacją Portugalii była obrona. Rozchwytywani przez największe kluby Andrade, Costincha, Carvalho czy Ferreira spisywali się niemal bezbłędnie, oprócz meczu z Grecją, bo ten był absolutnym nieporozumieniem z ich strony. Medale za indywidualną postawę daję: pomocnikowi Maniche, za wspaniałe gole i odwagę oraz obrońcy Ricardo Carvalho - był niemal nie do przejścia. Podsumowując; jako gospodarze turnieju Euro zrobili swoje; wyeliminowali Anglię (dla mnie to zadanie pierwszorzędne), pokazali radosny, spontaniczny, pełen nieprzewidywalności futbol. Bez schematów, rozmyślań i kalkulacji. Dotarli do strefy medalowej, bo na to zasługiwali ich kibice. I nasze oczy też...

Miejsce I, zwycięzca Mistrzostw Europy

GRECJA (!)

Sam nie mogłem uwierzyć w to co widzę. Już wiem, dlaczego błogosławieni ci, co nie widzieli, a uwierzyli. Moja ufność musiałaby być naprawdę olbrzymia, żebym dał wiarę w zwycięstwo Greków. Nie oglądałem niestety półfinałów i finału na żywo; zmusił mnie do tego wyjazd wakacyjny. Swój mózg i uszy zabetonowałem niemal na wszystkie wiadomości i przecieki z mistrzostw, odcinając się od mediów i ludzkich komentarzy. Podzieliłem ludzi na tych co wiedzą i tych co nie wiedzą. A kiedy po przyjeździe zobaczyłem finał... Potwierdziły się moje najskrytsze i najgorsze przypuszczenia! Pod moją nieobecność przed telewizorem Grecy zostali Mistrzami Europy! Zastosowali właściwą sobie taktykę; zalepili własną bramkę, strzeżoną nie tylko przez genialnych obrońców: Dellasa i Seitaridisa (u mnie obrońcę Mistrzostw), ale świetnie grającego bramkarza Nikopolidisa. Atakowali jednak sporadycznie, ale bardzo groźnie. Ich kontry wyprowadzane z własnego pola karnego co rusz przyprawiały mnie o dreszcze. Po każdym "och!", mającym znaczyć "Boże, dobrze, że nie trafili!", czułem jednak, że nieszczęście wisi jak kilo kitu na agrafce. I w końcu spadło... Nadeszła 56. minuta. Identycznie, tak jak cztery lata temu na Euro 2000, kiedy to właśnie Włosi (w 57. min.) strzelili pierwszego gola i tym razem zatrzepotała siatka. Swoją niezawodną (od trzech meczów) bronią; dośrodkowaniami z rzutów rożnych, pokonali bramkarza Portugali. Gola, jak się później okazało decydującego, strzelił Angelos Charisteas (Werder Brema). Mając jednak w pamięci straszne dla mnie ostatnie sekundy sprzed czterech lat (me serce było z Włochami) miałem jeszcze cień nadziei na sukces. Niepotrzebnie... Grecy z uporem maniaka odpierali huraganowe ataki Portugali. Blisko upragnionego gola nie raz byli Louis Figo i Maniche. Czop zatknięty przed grecką bramką nie puścił jednak aż do końca. Ostatni gwizdek. Łzy Christiano Ronaldo i kibiców. Rozpacz zagłuszona przez fanatyków Grecji. Puchar dla Mistrza niesiony przez ikonę portugalskiej piłki - legendarnego Eusebio miał się znaleźć w obcych rękach. A był tak długo w Portugalii, że mógłby zostać na cztery lata, albo jeszcze dłużej. Było już za późno...

WNIOSKI:

Zwycięstwo odniosła drużyna grająca głową, a nie sercem. Ułożona świetnie taktycznie, realizująca zapewne w całości założenia najlepszego trenera mistrzostw; Otto Rehhagela. To genialny trener, mający przysłowiowego nosa, którego nie raz pokazywał do kamery telewizyjnej. To człowiek, który ujarzmił znaną grecką porywczość i temperament, regulując go w sprawdzonych więzach niemieckiej dyscypliny i porządku. To nie mogło się nie udać. W połączeniu ze świetną techniką piłkarzy i elementem zaskoczenia (Grecy mieli być słabeuszem skazanym na pożarcie) pokonali samych największych: Hiszpanię (o ile można mówić o ich wielkości), Portugalię, Francję (obrońcę tytułu) i doskonałe pod każdym względem Czechy. Aż dziwne wydaje się, że jako jedyni patent na Greków znaleźli... Rosjanie, którzy odpadli w marnym stylu, pokonując jednak w pożegnalnym występie 2:1 Greków. A ci mieli najlepszych obrońców na Euro: Yourkasa Seitaridisa i Traianosa Dellasa. Uprzykrzali życie wszystkim napastnikom rywali tak skutecznie, że ci nie mieli okazji pograć, strzelając im tylko 4 gole. Radzę zapamiętać nazwiska tych piłkarzy - jeszcze nie raz zaskoczą nas swymi meczami. Zwycięstwo w Mistrzostwach można uznać (w ogromie dobroci) za zasłużone. Ale czy tytuł należał się właśnie Grekom? To już zupełnie inna sprawa, a ja mam na to miejsce tylko jeden kraj; Czechy.

4 lata temu... Na tegorocznym Euro zawiodły uznane i utytułowane firmy. Przemęczone i nie w formie gwiazdy nie były w stanie nadążyć za głodnymi sukcesu rywalami. Tak więc zaraz odpadła nieszczęsna Hiszpania, która obojętnie jak by nie grała; odpadnie zawsze. "Grają jak nigdy, przegrywają jak zawsze". Niemcy? Nieudolnie i bez pomysłu na grę zremisowali, mając tytuł wicemistrzów świata, ze słabą, ale ambitną Łotwą. Już sam fakt tej porażki przesądził o dymisji trenera i o zmianach w kadrze. Włosi? Grali typowo dla siebie i odpadli też na własne życzenie. Zakałą stał się napastnik Totti, napastujący nie bramkę rywali, ale Duńczyków, których opluł. Potwierdziła się w wypadku Włochów stara zasada; umiesz liczyć? Licz na siebie! Nie ma co kalkulować i obracać się na rywali, licząc, że podarują awans; trzeba grać swoje. Niestety moi ulubieni Włosi już nigdy nie nauczą się na własnym nieszczęściu. A ja cierpię... Francuzi? Długo by o tym pisać. Zmęczeni sezonem i zobligowani do wygrania przez sam posiadany tytuł Mistrzów Europy. Zlekceważyli nieco Grecję i... zaskoczyli wszystkich nieskutecznością w meczu z nimi. Sam geniusz Zidane'a to za mało. Kto widział, żeby jeden ograł 11-stu? Anglia? Może nie zawiodła, ale też nie zachwyciła. Pokazała Europie wspaniałego zawodnika; Whyna Rooneya, ale kiedy ten doznał kontuzji - zaraz odpadła z turnieju. Kolejny blamaż "milorda" Beckhama, który ku mojej uciesze po raz kolejny pokazał, że liczba płytkich pochwał nijak ma się do jego formy. Czas odejść; panie Beckham. Będąc maszynką do robienia kasy dla swojego klubu i na własny użytek nie możesz pan być dobry w piłkę. A propos - podobno w Japonii więcej płacą...

Zakończyły się więc największe w tej połowie roku igrzyska goli, meczów i porażek. Było pięknie i niezapomnianie, ale chyba gorzej niż na ostatnich Mistrzostwach w Belgii i Holandii. Nie wygrał najlepszy (Czechy lub Portugalia), ale najsprytniejszy. Ten, który popełnił mniej błędów. However Show must go on, jak słusznie zauważył kiedyś zespół Queen. Nie ma jednak co wybrzydzać i płakać. Grecy i tak zgarnęli niemal wszystko, w dodatku przed nimi największa impreza na świecie - sierpniowe Igrzyska Olimpijskie w Atenach. Igrzyska czas zacząć!

An-am

© A.D. 2003-2013 Redakcja ministranci.archidiecezja.katowice.pl