jesteś tu: Duszpasterstwo Ministrantów > Felietony

Naga prawda o kolędzie - okiem Piotra M.

Kto nie był ministrantem, ten mógłby się nigdy nie dowiedzieć o co tak naprawdę chodzi w tym fachu. Pora obalić jedno tabu. Każdego roku przychodzi dla nas godzina "zero" - początek kolędy. Musimy stawić czoła wyzwaniu kryjącemu się pod tą niewinną nazwą. Ciężko będzie opisać te wszystkie przerażające aspekty służby, z jakich nie-ministranci nie zdają sobie sprawy. Dla nieuświadomionego laika kolęda musi być fajną sprawą - dostajemy kasę, czekolady, ciasta, wiśnie z likierem... Moje dziewięcioletnie doświadczenie nie pozostawia żadnych złudzeń co do tego, że jeżeli mogę w swoim życiu mówić o czymś naprawdę dziwnym, to z pewnością miało to miejsce podczas kolędy. Chciałbym Wam opowiedzieć kilka historii, których byłem współuczestnikiem lub znam je z pierwszej ręki.

Gościnność

Reakcje niektórych na widok ministranta byłyby hitem YouTube. Dzwonimy do mieszkania. Otwiera dziadek w samych spodniach z dresu: "Ziuuuta!". Koleś drapie się po owłosionej klacie, a po chwili przychodzi - jak śmiem przypuszczać - pani Ziuta: "O pierona, Zdzichu!" - ucieszyła się na nasz widok. Miła pani, pełna wigoru, z szybkością, jakiej można jej pozazdrościć, posprzątała całe mieszkanie. Pan Zdzisław poszedł przebrać dres. Po skończonej modlitwie, którą gospodarz odbył z otwartym rozporkiem, ksiądz rozparł się w fotelu, spod którego wystawały niedokładnie upchnięte śmieci.

W tym roku pani Ziuta była sama w domu. Na dźwięk dzwonka u drzwi, podbiegła truchcikiem, by zobaczyć kto przyszedł. Otwiera. Łapie się za głowę i duka powstrzymując łzy:
- Łooomatko Boska... 5 minut temu przyjechałam ze szpitala... Nie umiem chodzić - powiedziała, wskazując nogi - Tak mi przykro
- Nam również. Życzymy zdrowia.

Jakże miło przyjęto nas w innym mieszkaniu. Dzwonek. Drzwi otwiera jakaś babcia, wyraźnie podekscytowana widokiem przystojnych ministrantów: "Krycha! Jakieś pajace do ciebie!" - ryczy zamykając drzwi. Po chwili przez szybkę w drzwiach wygląda zapewne nie kto inny, jak pani Krystyna. Szybki rzut okiem wystarczył. Zasłoniła firankę na drzwi i zgasiła światło w przedpokoju. Słyszymy w dali: "Nie, to nie do mnie!".

Jakiego można mieć pecha wie najlepiej sympatyczny dwudziestoparoletni chłopak z ulicy B******. Byłem u niego 5 lat z rzędu, ale on tego raczej nie pamięta. Każdego roku pechowa sytuacja się powtarza: "ojej... bardzo przepraszam, mam teraz pilny telefon, nie mogę przerwać rozmowy". Jego zmartwiona mina znika, gdy uspokajamy go słowami: "No szkoda, przyjdziemy za rok. Nic się nie stało - proszę wracać do słuchawki". W tym roku widocznie linia była zepsuta, bo na nasz widok zareagował: "yyyy... ojej... niestety rodziców nie ma w domu". Dwudziestoletnie dziecko zostało samo... Biedactwo.

Ludzie i parapety

Często można trafić na mieszkania, w których nikt normalny nie wytrzymałby ze względu na zapach. Czy trzeba się koniecznie myć? Wiele godzin pracy z ludźmi nauczyło mnie, że niejeden poddaje to w wątpliwość. Wietrzenie mieszkania jest równie niebezpieczne jak korzystanie z mydła - tego nie trzeba tłumaczyć. Przed pewną kolędą, zostaliśmy ostrzeżeni przez księdza o jakiejś wielbicielce kotów. Czym nam grożą kociątka, a już w ogóle starsza kobieta? Wyczytany z kartoteki rozmiar zwierzyńca też nas nie przestraszył - 23 sztuki. Czy tych kotów faktycznie było tyle? Nie wiem. Na 2-pokojowej przestrzeni, w tak wielkiej liczbie, znalezienie sobie partnera nie przedstawia większych trudności. Tak więc babcine kotki warunki do rozmnażania miały dość dobre, ale podejrzewam, że w szybszym tempie niż wydawały potomstwo - zdychały, do czego z pewnością mógł się przyczynić tamtejszy mikroklimat. Ale po kolei. Mam nadzieję, że nie trafię do sądu za publikację danych osobowych, ale na drzwiach widniało nazwisko "Kolenda". Przed zapukaniem, nieświadomi tego co nas czeka, żartujemy: "co śpiewamy? Hej kolęda, kolęda! Dobra, pukaj". Gdy kobieta otworzyła drzwi, autentycznie odskoczyliśmy pod wpływem odpychającego odoru, jaki panował wewnątrz. Wprost nie do opisania. W środku ciemno, zgnilizna, próchnica, zaduch, wilgoć... Nie trudno zauważyć, że w domu panoszą się koty. Były wszędzie... W przedpokoju w kałuży krwi leżały jakieś nadgryzione flaki. Obowiązek - zaśpiewać. Zrobiliśmy to na bezdechu ("lepiej się udusić niż zatruć" - jak stwierdził niegdyś mój nauczyciel chemii). Chcieliśmy już uciekać, i to z prędkością światła, ale niestety lokatorka chciała "dać na kościół". Tip-topami podeszła do kredensu, i nie spiesząc się wyciągnęła banknocik. Kiedy powiedziałem "Bóg zapłać" byłem już chyba zielony... Nie wiem już czy byliśmy w stanie jeszcze strzelić jej standardowego kredowego bazgroła na drzwiach, ale te kilka chwil wydawało nam się trwać wieczność. Później kolej na księdza. Wciąż jeszcze się dusząc, nie bardzo mogliśmy go ostrzec. Kapłan z objawami niedotlenienia dosłownie WYLECIAŁ stamtąd jeszcze zanim zapukaliśmy do następnych drzwi.

Szacuję, że w naszej parafii, w jednym na 7 odwiedzonych mieszkań jest szansa trafić na normalną rodzinę. Kiedyś przez uchylone drzwi zmierzyło nas diaboliczne, kobiece spojrzenie. Kiedy wpuściła nas do środka, niespecjalnie zdziwił nas wiszący na ścianie odwrócony krzyż, oraz ciemny wystrój wnętrza. Przypuszczalnie jedynie ludzka czaszka miała swoje miejsce gdzieś indziej, niż w przedpokoju. Ogólnie rzecz biorąc, zachowanie tej osoby nie odbiegało znacznie od normy, do jakiej przywykliśmy, ale zaczęliśmy robić w galoty, kiedy przed wyjściem ostrzegła nas: "uważajcie w tym mieszkaniu obok. Nawiedzeni ludzie. Wyślijcie tam najpierw egzorcystę". Pewni zbliżającego się końca, mimo wszystko zapukaliśmy do jej opętanych sąsiadów. Zaatakują siekierą? Zadźgają nas strzykawkami? Kroki... ktoś przekręca zamek... Otwiera drzwi. Stoi w nich uśmiechnięty, młody, elegancki pan - "szczęść Boże! Oczywiście, że przyjmujemy kolędę. Prosimy". Cóż... rzeczywiście było to niespotykane.

Jednym z najciekawszych przeżyć była dla mnie kolęda na peryferiach miasta. Była zima (jak to zwykle bywa w czasie kolędy), śnieżyca jak na Syberii... Trzeba wiedzieć, że życie w dzikich okolicznościach przyrody nie jest wcale beztroskie. Jedna z mieszkanek - tzw. "Babcia kung-fu" - boi się pijaków, schodzących się pod jej dom. Hoduje więc kilka piesków strzegących posesji. Na National Geographic był kiedyś program "Born to kill" - o stworzeniach, od których lepiej trzymać się z daleka. Tutaj naliczyłem takich siedem... Babcia jednak się nie da. Ja bym nawet ją bardziej wytypował do takiego programu... Czekaliśmy przed ogrodem w polarnych warunkach (-10 stopni, wiatr porywisty) podziwiając zerową widoczność, a Babcia kung-fu przystąpiła do ataku. Kiedy dwumetrowy piesek nie chce posłuchać, wyciąga z zanadrza pejcz i wali go po mordzie. Swoim przyrządem egzekwowała posłuszeństwo maleństw. "Do domuuu! Wynocha skurczybyki!" - torowała drogę księdzu. Wszystkie pupilki uciekły skamlając, w kupie śniegu został tylko jeden - wyglądał na sparaliżowanego.

Największym chamstwem ze strony nas, ministrantów i księdza, jest przeszkadzanie ludziom w trakcie telenoweli, programu "Śmiechu warte", czy też Pucharu Świata w skokach narciarskich. Zrozpaczeni ludzie próbują różnymi sztuczkami wciągnąć w to duchownego ("w ostatnim odcinku nakryła go z kochanką!"). Ksiądz się bezczelnie broni, że ludzie czekają i takie tam... ("Antonio, ty łotrze!") Zazwyczaj rodzina wysyła przedstawiciela do pertraktacji z duszpasterzem, a reszta kontynuuje poprzednie zajęcie. W połowie modlitwy z sąsiedniego pokoju dochodzi krzyk: "Małyyyyysz!" i ksiądz mimo wszystko zostaje sam...

W pewnym gustownym mieszkaniu, pod stoliczkiem z krzyżem, świeczkami i wodą święconą, leżały niespecjalnie ukryte roczniki Playboya, a na półce można było podziwiać przykuwającą wzrok, imponującą kolekcję kaset VHS... Mieszkanka była przesympatyczna. Kolejna bogobojna, religijna kobieta przyjmująca co roku kolędę... Każdy wie, że pozory mylą.

Kilka autentycznych dialogów

- kolęęęda!
- tu taki nie mieszka!
- aaaa, to przepraszamy!

- kolęęęda
- co?
- Szczęść Boooże! Kolęęęda
- co?
- Kolęda!
- jaka kolęda?
- duszpasterskie odwiedziny kolędowe
- duszpasterskie co?
[to go nie przekonało]
- jesteśmy ministrantami! Chce pan kolędę?
- ...

[po chwili otwiera drzwi młody mężczyzna - nie wyglądał na głuchego]
- co? [patrzy jak na idiotów]
[Sarajewo!]
- kolęda
- o tej porze roku??!?!?
- jest grudzień
- aha

[zamknął drzwi. Stojąc chwilę pod nimi, usłyszeliśmy jeszcze rozmowę z żoną: "te... kolęda w grudniu chodzi, ja?"]

Staliśmy na klatce... Na schodach ukazały się wracające do domu, chichoczące siostry T.:
- mamy dzisiaj kolędę? - zdziwiły się
- tak
- dobrze wiedzieć. No to nas nie ma w domu
- powiedziała jedna z nich, wchodząc do mieszkania
- ok, ale my to jeszcze sprawdzimy
- możecie sprawdzać

Weszły do siebie, zamknęły drzwi. Po chwili uznałem z kolegą, że czas "sprawdzić". Dzwonimy. W tej sekundzie wyłączyło się w domu światło, zgasł telewizor, radio ucichło... Nachyleni nad drzwiami zaczęliśmy głośno mówić:
- No-po-patrz Łu-kasz... nie-ma-ich
- Fak-tycz-nie Pio-trek, mu-sia-ło nam się wy-da-wać...
- spra-wdź-my jesz-cze raz

PUK! PUK!
...
Cisza.
Wtedy Łukasz zszedł na dół, i zadzwonił na domofon z zamiarem przedstawienia się jako dostarczyciel pizzy. Nasze koleżanki były jednak konsekwentne: NIE BYŁO ICH. Kiedy przyszedł ksiądz, odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą: "wszystko wskazuje na to, że nikogo nie ma..."

Czyny karalne

Od kilku lat obserwuję wzrost zainteresowania małych chłopców przyrodą. Jeden z nich, nazywany przez niektórych ministrantów "małym sadystą" ma niespotykanego pecha do zwierzątek, gdyż jego podopieczni nie są zbyt żywotni. Co roku ma nowe akwarium ulubieńców (chomiki, szczury, szynszyle, myszy, wiewiórki ziemne itd.). Nie chcę niczego sugerować, ale pewien ministrant relacjonował mi, że chłopczyk zbudował zestaw LEGO Auchwitz.

Ministrant zawsze może liczyć na gorące, wręcz wystrzałowe przyjęcie... Przechodziliśmy pod jednym blokiem (de facto moim) gdy nagle silny podmuch zepsuł mi fryzurę... Zanim dobrze skumałem co się stało, wszystko wyjaśnił mi Ksiądz F.: "Spokojnie, to tylko petarda...". Wybuchła w powietrzu tuż koło mojego ucha (ach, to może dlatego słabo na nie słyszę!). Pomyślałem, że komuś niechcący się zapaliła, przypadkiem wypadła przez okno... Każdemu się przecież zdarza - Wam nie? W tym momencie moją teorię obalił ryk sąsiadki: "MACIE CH***!!!".
Nie codziennie ma się pod oknem księdza i sąsiada na raz - świetny użytek z niewykorzystanej po sylwestrze petardy.

Co roku trzeba wysłać silną ministrancką ekipę w miejsce o kodowej nazwie F80, słynące z patologii, nie tylko w czasie kolęd. Ja i Łukasz byliśmy już wtedy pełnoletni, więc nadawaliśmy się. Ubraliśmy prawdziwe sutanny, kilka swetrów pod komżę, co by wyglądać na szerszych w barach (i żeby mniej bołało, jak będą bili), a do tego wzięliśmy czarne okulary, dla jaj. No i nadszedł ten moment. Staliśmy na słabo oświetlonym piętrze... Wtem oberwaliśmy petardą, którą odbiła się, spadła na ziemię i pierdnęła jakby jej nie wyszło. Na ścianie pojawiły się zaraz trzy kilkumetrowe cienie. Zbliżali się do nas. Zapięliśmy kurtki, rozstawiliśmy szeroko nogi, założyliśmy czarne okulary. Łukasz zacisnął pięść na metalowym kropidle, a ja mocniej chwyciłem zawieszoną na szyi skarbonkę. Cienie zbliżały się, powoli malejąc. Wreszcie na klatkę wskoczyło trzech gniewnych kurdupli co najwyżej z gimnazjum. Ich waleczne miny zrzedły, gdy nas zobaczyli. Jeden z nich powiedział cichutko: "następnym razem", po czym wzięli nogi za pas.

Hojność Parafian

W 5-piętrowym bloku mieszkała jedna osoba, podobno Włoch. Na standardowe pytanie: "czy przyjmuje pan kolędę?", powiedział: "nie-ło-zu-mieć". Popatrzeliśmy na siebie, bo taka sytuacja jeszcze nam się nie zdarzyła. On wtedy pospiesznie powiedział: "wait, wait", wyciągnął portfel i dał nam 10 zł. No proszę... bariera językowa okazała się łatwa do przeskoczenia.

Nie zbieramy tylko kasy, ale też dary w naturze... Najlepsze żniwa są tuż po świętach, kiedy ludzie nie mają co zrobić z zaschniętymi resztkami ciast, lub nadgnitymi mandarynkami, których już nie ma kto zjeść. Nie liczy się przecież wartość daru, ale sam jego fakt. Tak też sobie myślę, przyjmując kolejną reklamówkę starych jabłek. W tym momencie muszę wspomnieć o ciekawym przypadku, jaki spotkał mnie dwukrotnie. Mam na myśli wizytę u pani "Iluzjonistki". Z życzliwym uśmiechem ofiarowała nam datek finansowy. O dziwo, stan kasy przed i po był identyczny (dla wyjaśnienia: nie zaglądamy zwykle do skarbonki, a nawet nie powinniśmy, no ale z nudów... :P). Na czym polega trik? Pani wsadza rękę do swego portfela, a następnie do naszej skarbonki, gdzie pstryka w bilon swoich sąsiadów. "Blink blink" - jakby wrzuciła całą garść forsy. Na zakończenie, z bananem na twarzy mówi: "podzielicie się później" - "Oczywiście, po równo..." - odpowiadamy z wdzięcznością.

Technika

Dzwonki do drzwi są różne: jedne zwyczajne, inne grają jakąś melodyjkę (osobiście oszalałbym, słysząc codziennie 20 razy "We wish you a merry Christmas"), albo ćwierkają jak ptaszki. ZETKNĄŁEM SIĘ też z czwartym rodzajem: dzwonki kopiące prądem. Trzeba przyznać, że pomysłowa alternatywa dla kartki "proszę pukać". Po pierwszym kontakcie z dzwonkiem, nie byłem pewny czy to było kopnięcie prądem, bo jak napięcie daje w zadek to pamiętam (nie pytajcie jak to zrobiłem), ale w kończynę jeszcze mnie nie popieściło. Dla pewności zadzwoniłem jeszcze raz. 220 V rozwiało wątpliwości. Do końca dnia miałem taką jakąś sztywną, podrygującą od czasu do czasu, rękę.

Zdarzało się też obcować z innymi oryginalnymi dzwonkami. Jak ktoś mieszka w ogródkowej altance, zwykle nie zależy mu aby sporo inwestować w nowoczesny dzwonek. Od furtki do altanki ciągnął się sznur na bieliznę, służący do pociągania za taki pasterski dzwonek dla krów, co oznajmiało przyjście gości. To było zdecydowanie najtańsze rozwiązanie, choć nie tak eleganckie... W innym ogródku mieliśmy prawdziwy elektryczny dzwonek... ale chyba nie ma tam wielu odwiedzin, bo mieszkańcom szkoda było podłączać go na stałe do prądu. Pod przyciskiem zwisał kabelek, a niżej było gniazdko. Aby zadzwonić, należało podłączyć przewód do kontaktu, a po użyciu wyłączyć zasilanie, żeby nie marnować energii... genialne. Pod nieobecność ogrodnika można sobie iść naładować komórkę :-)

Co wziąć na kolędę:
- próbnik elektryczny (by sprawdzić, czy dzwonek nie kopie prądem)
- ostre narzędzie (jeżeli nie mamy czym obrać pomarańczy, sprawdza się też zamek od kurtki)
- warcaby, szachy, karty... lub czasopisma...

Jeszcze jedna dodatkowa rada BHP: przed wejściem do windy sprawdźcie najpierw:
a) czy jest winda
b) czy wiecie jak z niej wyjść.
To drugie nie zawsze jest takie oczywiste...

Wpadki

Spędzamy mnóstwo czasu na klatkach schodowych. Światło gaśnie co parę minut. Od czasu wynalezienia elektryczności sprytni ministranci korzystają więc z zapałek, wykałaczek albo jednogroszówek, by zapewnić sobie stałe oświetlenie. Na ulicy Szeligiewicza zrobiliśmy tak na parterze, po czym poszliśmy zaraz na pierwsze piętro i gadaliśmy o dziewczynach, bo księdza długo nie było. Omyłkowo wsadziliśmy wykałaczkę w... dzwonek! Zorientowaliśmy się po kilku minutach, bo tyle wytrzymali lokatorzy.

Kolejna sytuacja przydarzyła się mojemu przyjacielowi. Ministranci dzwonią. Otwiera młoda (ok. 25 lat) kobieta w "jedwabnej, półprzeźroczystej koszuli nocnej" (wg naocznej relacji świadków). Hmmm... dziwne, bo z tego co wiem, to kolęda w nocy nie chodzi ;-)
Ministrant #1 [z opadniętą szczęką]: "k... k... koo..."
Ministrant #2 [bardziej opanowany]: "...lęda"
Kobieta [zmieszana]: "yyyy... dajcie mi 2 minuty"
po 2 minutach otwiera mężczyzna w slipkach.
on [zdziwiony]: "co k... jest? O cholera! 2 minuty!"
Przez te 4 (2+2) minuty przez mieszkanie przeszedł huragan, no i trzeba przyznać, że młoda para naprawdę szybko dostosowała się do jakże odmiennej sytuacji ;-)

Kropidło to fajna zabawka. Szczególnie, kiedy nie ma nic innego pod ręką. Można z nim robić różne rzeczy, a najczęściej dochodzi do jego rozkręcania, aby sprawdzić czy jest jeszcze woda... Czasem zdarzało się, że roztargniony ministrant zapomniał go potem dobrze skręcić... Jedna rodzina niemal straciła telewizor, kiedy ksiądz z rozmachem pokropił ich pokój gościnny...

Kiedyś, mimo że dzwoniliśmy kilka razy do mieszkania, nie było żadnego odzewu. Słyszeliśmy jednak, że ktoś jest w środku. Zobaczyłem dziurkę od klucza. Dziurka była tak duża, że pozwalała na dogłębną penetrację wnętrza. Wszystko było widać, z czego widocznie nie zdawała sobie sprawy młoda kobieta w samej bieliźnie (ups...). Tym chętniej ponowiliśmy nasze upierdliwe dzwonienie. W końcu jakiś facet nie wytrzymał i uciekliśmy jak tylko zerwał się z łóżka z krzykiem: "Zabiję ich! Idę po siekierę!!!".

Pewnego razu, w starej kamienicy, ministranci zapukali do drzwi mieszkania, bo nie zauważyli nigdzie dzwonka. Zorientowali się, że drzwi są otwarte. W jednopokojowym, ciasnym lokalu, wyposażonym w sedes i papier toaletowy, zastali zdziwionego mężczyznę czytającego gazetę z opuszczonymi spodniami... "Czy przyjmuje pan... o przepraszam!".


Na koniec pozdrawiam wszystkie normalne rodziny w naszej parafii, a w szczególności nieznajomą dziewczynę z ul. Rybnickiej, która mile zaskoczyła nas w tym roku, wręczając torebkę z ciasteczkami, paluszkami i cukierkami. Zupełnie inaczej smakuje czekolada od emerytki, niż od nastolatki :-)

Piotr M. - Katedra Chrystusa Króla
schmiciu[at]gmail.com
© 2002 z późniejszymi poprawkami
Polecam też opisy przygód moich kolegów, przy których lekturze zrywałem boki :)
Przypadki kolędowe Piotra L.
Przypadki kolędowe Marka

© A.D. 2003-2013 Redakcja ministranci.archidiecezja.katowice.pl