jesteś tu: Duszpasterstwo Ministrantów > Felietony

Morientes - the punisher

czyli o graczu, który wyszedł z piłkarskiego kicia i dopadł swoich oprawców...

Gdyby na siłę starać się poetycko określić karierę Fernando Morientesa, zaczynającego w Racingu Santander, marnującego się w przebrzydłym Realu M., a skończywszy na AS Monaco, można by zastosować porównanie do nasion pewnej afrykańskiej rośliny. Nazwę oczywiście zapomniałem, ale ciężko byłoby przeoczyć sposób jej zachowania. Wydaje ona nasiona w trudnych warunkach klimatycznych raz na kilkanaście lat oczekuje na naturalne pożary buszu. Jej supertwarde nasiona otwierają się (bezinwazyjnie) przy temp. około 90oC, a powstałe miejsce po pożodze ułatwia roślinie wzrost i osiągnięcie właściwych rozmiarów do rozrodu. I tak już od dawna...

Wracając do tematyki czysto piłkarskiej. Wielu zawodników można by sklasyfikować do jakichś ścisłych (jak kostiumy reprezentacji Kamerunu) grup. Są piłkarze nieudacznicy; Luncik, Jojko, Bonano. Historia zna graczy znakomitych: Cruyffa, Rossiego czy nadal nieziemskiego Zidane'a. Natomiast Morientes zalicza się do tzw. piłkarzy dziwnych. I w dodatku mściwych. Dlaczego? Hiszpan musi notorycznie coś udowadniać. Czy to niewiernemu Camacho w reprezentacji, który pomimo świetnej dyspozycji ówczesnego napastnika Królewskich nie zabrał go na EURO 2000. Wreszcie musiał przekonywać włodarze Realu, a przede wszystkim del Bosque i tą ciućmę Queiroza, do swych ponadprzeciętnych umiejętności, aby nie pójść w odstawkę płytkiej i pustej jak talerz po mojej grochówce ławki rezerwowej madryckiego klubu. Jednak dziś, po wspaniałym acz smutnym wielce dla mnie półfinale Champions League, Hiszpan nie musi już nic udowadniać, ani walczyć z krążącym nad nim stereotypem talentu tłumionego. Tak, w Realu był jak świnka morska wsadzona do zbyt małego terrarium. Męczyła się bidula, a jej wrodzony talent musiał z zazdrością patrzeć, jak na kolejny mecz w podstawowym składzie znowu wybiega Ronaldo i Raul. Swoją drogą trenerzy Realu ulegli chyba kreowanemu fenomenowi liter "R" w zespole, który ponoć zwiastował szczęście i powodzenie w spotkaniach. A że Morientes zaczyna się na "M", to kończy się... w Monaco.

Tak też się stało, że w tym wspaniałym piłkarsko, a tragicznym dla uznanych firm futbolowych sezonie, Fernando Morientes mógł zemścić się na madryckim reżimie. Najpierw z zimną i właściwa sobie precyzją zabójcy zaszlachtował wespół z kolegami potężne przedsiębiorstwo pod nazwą FC Real Madryt. Do tego uczyniła to drużyna z małego jak Kraków państwa-księstwa: Monako. Klęska królewskich okazała się na tyle dotkliwa, że nawet największy V.I.P. spośród kibiców Realu - król Huan Carlos opuścił Santiago Bernabeu, aby zasiąść na trybunach obiektu Deportivo w meczu z FC Porto. To dopiero skandal. Może przeniesie się stolicę do Deportivo? Byłoby dobrze, bo klub ze stolicy potrzebowałby ochłody po wpadce w półfinale. Jak wiadomo- nad Atlantykiem chłodniej.

Ale Morientesowi było mało krwi i cierpienia. Jego dolne kończyny nie zaspokoiły się żądzą zniszczenia i hekatombą madryckiego nieszczęścia. Musiał jeszcze unicestwić jednego sportowego i finansowego potentata. Chelsea. Moją kochaną Chelsea... Dość tego rozczulania. Upadły mity o Morientesie nieudanym i nieuzasadnienie dopominającym się miejsca w składzie. Teraz jest to jeden z najlepiej grających głową ludzi na świecie, w ostatnich latach ustępując chyba tylko Christianowi Vieri, Trezeguetowi i Klose.

Kończąc muszę zauważyć jeszcze jedno. Łupem Morientesa padły dwie drużyny "kupujące" wyniki. Obie wydają na zakupy sumy równe budżetom wielu republik bananowych, aby "zapewnić" sobie nieprzemijające powodzenie. Tylko że właśnie w tym roku dziecko takiego klubu - piłkarski twór Frankensteina zwrócił się przeciwko swojemu panu i stworzycielowi. Potwarz, jaki bohater artykułu uczynił własnemu, niegdysiejszemu klubowi jest niewybaczalny, a zarazem potrzebny. Swoją postawą udowodnił, że piłkarze tworzą klub, a nie na odwrót. Pozostając w Realu Europa straciłaby znakomitego zawodnika, a Morientes sens kariery i godność. A tak hiszpański napastnik nadal gra. I to jeszcze nie koniec zemsty...

Piotr Lewandowski

© A.D. 2003-2013 Redakcja ministranci.archidiecezja.katowice.pl