jesteś tu: Duszpasterstwo Ministrantów > Felietony

Bliskie spotkania ze śliskim tematem

czyli między nartą, a brzegiem rozbiegu

Z pewnością nie ma w Polsce ani jednej osoby, która nie wyraziłaby swojej opinii na temat naszej wybitnej postaci na arenie sportowej, jaką w ostatnich latach stał się Adam Małysz. Tym bardziej, że ostatnio zdania o naszym najlepszym sportowcu 2003 roku są mocno podzielone. Wszystko to przez samą formę Małysza, która już od wielu lat stanowi przedmiot ogólnonarodowej dyskusji; rozmów z sąsiadem, konwersacji między emerytami, sporów zaciekłych fanów sportu. Szkoda, że dyspozycja skoczka ma się często jak profil skoczni: zazwyczaj stanowi równie pochyłą...

Latająca kość niezgody

Rozłam wśród polskiej opinii publicznej nastąpił tuż przed MŚ 2003 w narciarstwie klasycznym w Predazzo. Wielokrotnie podkreślano, że sukcesem będzie znalezienie się w pierwszej piątce. Jak wiadomo, oczekiwania wszystkich zostały aż nadto zaspokojone, a usta niedowiarkom zakneblowały na szczęście dwa złote medale wywalczone w wielkim, iście mistrzowskim stylu. W tym roku nie było aż tak kolorowo.

Jednak tegoroczny Puchar Świata spowodował już gremialny rozłam kibiców, swoistą schizmę świata sportu. Kilka słabych występów rozgraniczyło ich na skrajnych pesymistów i niedowiarków, niemalże wrogów Małysza oraz na zatwardziałych, entuzjastycznych fanów, wszem i wobec okazujących poparcie dla postaci nr jeden polskich skoków. Jak na wojnie: dopiero w trudnych warunkach i ekstremalnych chwilach poznaje się swoją wartość, moralną odporność i charakter. Teraz tak naprawdę na światło prawdy wyszło to, kto z tego wielomilionowego tłumu spontanicznie wiwatującego na cześć Adama-zwycięzcy, cały czas był też i za Adamem - pokonanym. Właśnie w takich momentach poznaje się nie tylko rasowego zawodnika, ale i wiernego kibica.

Mutanty i klony jeszcze nadejdą

Tym, którzy "wymagają" fenomenalnego i nieustannego wygrywania przez Adama Małysza, z góry zapowiadam, że to niemożliwe. Niech wystarczy im fakt, że przez trzy sezony, czyli przez około 75 konkursów Pucharu Świata, Małysz był najlepszy. Rzecz jasna nie jest to jakaś specjalna supremacja dyscypliny sportowej; Real Madryt w latach 50. przez kilka sezonów z rzędu miażdżył swoich rywali i niepodzielnie królował w Europie. Była to dominacja, ale to, co powszechnie próbuje się "tłuc" do głów sportowej gawiedzi kibiców jest to, że sukces w piłce nożnej to końcowy efekt pracy osobników w liczbie jedenastu. De facto - wyłączność Realu na wygrywanie także się zakończyła - tak jak piękna "kariera" Weisfloga, Nykanena, Thomy. To dla tępogłowych sportowo zacofanych pseudokibiców w stylu: "Małysz, masz wygrać, bo jak nie to...", winno stanowić wystarczający powód, miejmy nadzieję przejściowo drastycznego spadku formy naszego sportowca, który zawsze się odradza. Skoczek na rozbiegu jest tak samotny, jak samotną jest jego dyscyplina. Jeśli on zawiedzie, to nic mu nie pomoże, ani zmiana ani pomoc kolegów. Ponadto sportowiec to też człowiek. Ma chwile słabości, może załamania, zniechęcenia. On też czuje ból. Zna smak porażki. Czuje presję. Wie, kiedy coś jest nie tak. To nie filmowy Robocop rozrzucający pocięte ciała przeciwników za sobą, nieznający zmęczenia i uczuć. Zrzędzącym amatorom utopijnego "Małysza cyborga" prorokuję: czas sportowców-mutantów, -hybryd, -klonów, -efektów laboratoryjnych badań jeszcze nadejdzie. Na szczęście mnie już na tym świecie nie będzie...

Kopanie małego dziecka

Warto zastanowić się nad sytuacją psychiczną Małysza, (co tu ukrywać) zawodnika w dość słabszej formie niż kiedyś (albo raczej wobec postępu innych), wokół którego rozpętała się dodatkowa burza o konieczność zmian trenerskich. Problem przypomina małe dziecko, które przewróciło się na schodach. Zamiast oczekiwanej pomocy - dostaje kopniaki. I ma się oczywiście czuć świetnie, pewnie, uśmiechać się do kamery. Ironia. W podobnych okolicznościach znajduje się właśnie nasz podwójny mistrz świata z Predazzo, srebrny i brązowy medalista z Salt Lake City i... czy dalej mam wymieniać sukcesy Małysza, który przysporzył nam więcej radości niż ktokolwiek w ciągu ostatnich 10 lat w sporcie?

Moim celem nie jest jakaś wielka moralizatorska homilia do narodu, o zachowanie rozsądku w stosunku do Małysza, zwanego Adamem. Pragnę tylko pragmatycznie spojrzeć na problem, którego przecież jako kibic sportowy, także jestem świadkiem i uczestnikiem. Zamiast obrażania się i porzucania wszelkiej nadziei, dajmy przykład solidarności i wierności Małyszowi. Ogromnie me serce napełniły radością dwa wspaniałe, niepowtarzalne zawody w Zakopanem. Sądziłem, że w tym roku publiczność zawiedzie, ale było wręcz przeciwnie, zwłaszcza, że obiekt zainteresowania prawie 30 tys. ludzi na trybunach dał nam powody do radości. Byłbym złośliwy, gdybym teraz zadał pytanie (typowo polskie, bo zaczynające się od:) "co by było, gdyby..." Adam Małysz nie wygrał, ale na przykład był 27-my? Ze względu na grzeczność odpowiedź pozostawię bez komentarza. Jeśli czasem przyjdzie nam do głowy ponarzekać na występ Małysza, wczujmy się w uczucia "dziecka kopanego"...

Hasta la vista - Tajner, czyli świat idzie naprzód

Kiedyś musiało do tego dojść. Apoloniusz Tajner nie jest już trenerem kadry A. W karierze Adam Małysza nie ma już tej charyzmy i nutki wyższości, którą kiedyś zachowywał nad resztą rywali. Przekształcił się on w dojrzałego zawodnika, który być może właśnie doświadczeniem i obskakaniem będzie w najbliższym czasie pokonywał rywali (jak np. Martin Höelwarth). Stało się przez to ciekawiej, ale... kolejną hegemonię zaprowadził kolejny zawodnik - Jaane Ahonen. Jak widać po ostatnich MŚ w Oberstdorfie, także i jego mistrzowska forma nie wystarczyła na, wydawałoby się, pewne zwycięstwo w konkursie skoków na skoczni małej. Wygrał sensacyjnie niezbyt zaskakujący przez cały sezon młodzian ze Słowenii - Rok Benkovic. Może jego Rok będzie za Rok?

Powiększające się sukcesy i stały progres naszej kadry B, pod batutą Heinza Kutina, przyczynił się do objęcia przez niego reprezentacji A. Na rozsądną ocenę pracy nowego szkoleniowca trzeba jeszcze poczekać - nie wiadomo ile w wynikach Małysza jest jego własnej zasługi, a ile wkładu trenerskiego. Jeśli forma Małysza będzie się powiększała wraz ze znajomością języka polskiego przez Kutina, to możemy spać spokojnie o los sportowy naszego "Orła".

Jako kibice mamy święte, niezaprzeczalne prawo do marudzenia i narzekania, zwłaszcza, kiedy mamy ku temu powody. Jednak jako ludzie musimy zrozumieć ludzką słabość i niepowodzenia. Nasze bowiem wady widzi niewiele osób, sportowców zaś - miliony.

An-am

© A.D. 2003-2013 Redakcja ministranci.archidiecezja.katowice.pl