jesteś tu: Duszpasterstwo Ministrantów > Felietony

Matematyka i decydujące starcie

jak przebiegła druga runda piłkarskich ME 2004

Każdy turniej - niczym wspaniale pielęgnowany umysł dziecka - rozwija się. Tym razem oczywiście w dobrym kierunku. Zaczęło przybywać goli, pięknych akcji i emocjonujących spotkań. Zazwyczaj kierowano się matmą - czy ekonomicznie opłaca się wygrać czy przegrać, żeby grać ze słabszym? A może dać odpocząć najlepszym? Nuda i statyczna, zachowawcza gra odeszły dzięki Bogu jak za kopnięciem słynnego Ronalda Koemana. Jak się okazało później - nawet Włosi, znani z tzw. antyfutbolu, który bądź co bądź sobie ukochałem, zsolidaryzowali się z innymi w pięknym pochodzie piłkarskim cieszącym ciało i duszę. Euro 2004 zaczęło więc nabierać rumieńców jak ja, podczas kolejnej boskiej bramkarskiej parady maestro Olivera Kahna (Niemcy), wspaniałych strzałów Pavla Nedveda (Czechy) czy genialnych, niemal strategicznych zmian czeskiego szkoleniowca Karela Brücknera, który, inaczej niż w czeskim filmie - wiedział co robi.

Początek końca i ostatnia batalia Scolariego

Tak w zasadzie można streścić spotkania drugiej rundy w grupie A. Po emocjonującym meczu z rewelacją tych mistrzostw - Grecją, Hiszpanie niespodziewanie ulegli... swojej pysze. Zbytnio wierząc w Raula i Morientesa zapomnieli, że grają podobny futbol jak Portugalczycy, na których świetną taktykę znalazł cztery dni wcześniej trener Hellenów - niemiecki strateg - Otto Rehhagel. Wprawdzie wspomniany as z AS strzelił gola na 1:0 i wydawało się, że fenomen silnej gry Greków upadnie jak Leningrad pod oblężeniem. Jednak przeciwnicy konsekwentnie blokowali środek pola, zaś jeden jedyny błąd obrony Hiszpanii po długim dośrodkowaniu wykorzystał Charisteas, wyrównując na 1:1. Później okaże się, że to spotkanie było gwoździem do trumny podopiecznych Inaki Saeza. Tylko czy można się temu dziwić, skoro jakikolwiek znaczący sukces Hiszpanie osiągnęli w 1992 roku na IO w Barcelonie (po wygranej 2:3 nad Polską)? Jak zwykle odpadają z pytaniem: "Dlaczego tak brzydko, skoro było tak ładnie?".

Z kolei Portugalczycy rozgrywali mecz z tych tzw. o wszystko. Dla gospodarzy mistrzostw była to ostatnia szansa na podtrzymanie swojego turniejowego życia; być albo nie być w Europejskim championacie. Z kolei dla Rosjan mecz ten był w zasadzie z góry przegrany - rywal trudny, a i wizja tego, że na tych mistrzostwach już wiele nie zdziałają była zbyt przytłaczająca. I, jak można było się spodziewać, motywacja i ogólnonarodowa mobilizacja sił fizycznych, niebieskich i duchowych przyniosła zwycięstwo. Ozdobą meczu, choć może niezbyt smaczną, była czerwona kartka dla bramkarza Sbornej - Siergieja Owczinnikowa, za dotknięcie, a właściwie zatrzymanie piłki poza polem karnym. Sędzia w całej szybkości akcji mógł ukarać zawodnika tylko jedną karą - szkarłatem unoszącego się nad głowami wszystkich kawałeczka kartonu. Tego świstaka, na którego widok zgina się każde piłkarskie kolano i bezsilne są wszelkie protesty i groźby. Jak się później okazało (po milionach analiz video) goalkeeper Rosji nie dotknął jednak piłki. Ostatecznie Portugalczycy po trafieniach: Meniche (7. min z nożyc) i Rui Costy w 88. minucie przedłużyli swoje szanse na awans do 1/4 finału i jednocześnie pomachali Rosjanom na pożegnanie ze "spasibą" na ustach.

Rzeź niewiniątek i łeb w łeb

Zmagania w grupie B upłynęły pod znakiem wysokiego zwycięstwa Anglików nad Szwajcarią 3:0. Zabłysła także nowa gwiazda, już uznawana za idola i nadzieję głodnej sukcesu Brytanii - Wayne Rooney grający na etacie w Everton Liverpool. Jego dwa gole zapewniły nie tylko komfort psychiczny i zwycięstwo, ale przede wszystkim całą głowę szwedzkiego trenera Anglii - Svena Erickssona. Jedno trafienie dołożył Steven Gerrard, pragnący zmazać choć 1% winy za fatalne zagranie do własnego bramkarza, dzięki czemu "synowie Albionu" pożegnali się z choćby jednym punktem w spotkaniu z Francją.

Niewykluczone, że wieczorny mecz gr. B będzie wspominany jako jeden z najlepszych na tym Euro. Miał to być wielki rewanż dla Chorwatów za przegrany półfinał MŚ w 1998 we Francji (wtedy było 2:0). Po golu Zidane'a z rzutu wolnego w 1 połowie rozpętała się burza informacyjna - kto właściwie strzelił tę bramkę? Najpierw za strzelca uznano wielkiego Zizou, następnie na tablicy pojawiło się nazwisko istotnie zmieniającego tor lotu piłki Silvestra, aby pod koniec ustalić zdobywcę gola na... Igora Tudora. Tak więc było to pierwsze trafienie samobójcze na Euro. Do ataku przystąpili następnie wściekli Chorwaci. Najpierw sfaulowanego w polu karnym Prso przy wykonywanej 11-stce wyręczył skutecznie Rapaić (Barthez omal nie sparował tego strzału), a następnie wspaniałym wolejem po nieudanym "machnięciu" się Thurama popisał się sam Dado Prso. Kiedy wydawało się, że wszystko już pozostanie na właściwym miejscu (tzn. Francja wtopi ten mecz, bo grała naprawdę niespecjalnie) stała się rzecz straszna. Wybijający piłkę sprzed pola karnego bramkarz chorwacki - Butina trafił prosto w nadbiegającego Trezegueta, a właściwie w jego rękę. Chwilę później siatka bramki Butiny była już pełna o jedną srebrną Roteiro, a mimo zagarnięcia przez napastnika piłki ręką, sędzia Anders Frisk uznał gola. A gdzie był liniowy?

Czysta formalność i głupie szczęście

Najpierw Dania pewnie i gładziutko pokonała Bułgarię 2:0 (gole Romedahla i Tomassona). Wiadomo było, że szlagierem nie tylko grupy, ale całej kolejki może być rozegrany o 20:45 mecz wicemistrzów Europy - Włochów z rewelacyjnie grającymi Szwedami.

Przez niemal cały mecz świetnie spisywał się blok pomocy Azurrich. Grę "ciągnęli" jak nigdy Gattuso i Pirlo, pod nieobecność zdyskwalifikowanego Tottiego. Wkrótce strzały Vieriego i Cassano stawały się coraz groźniejsze. Wreszcie prowadzenie po główce Antonio Cassano z AS Roma objęli Włosi. Wszystko układało się dla nich wspaniale do 80. minuty. Wcześniej nieporadne ataki Szwedów były jak walenie głową w mur - o włoskie catenaccio. Potwierdziła się zasada - nie idzie sposobem - to wal na oślep. Tą ideologią pouczony Ibrahimovic w 85. minucie meczu, kiedy Włosi "siadli" fizycznie, strzelił zaskakującego gola. Przy ogromnym zamieszaniu - kotle pod bramkę Buffona przewrotki próbował Larsson. Nie trafił w piłkę, ale ta niespodziewanie znalazła się pod nogami napastnika Ajaxu. Ten zasłonięty obrońcami huknął z piętki, zaskakując jeszcze próbującego wybić piłkę opadającą do siatki - samego Alessandro Nestę. Nie chciałbym być złośliwy i niesprawiedliwy. Potrafię zauważyć i docenić odwagę i pomysłowość piłkarza. Cenię piękno i nieodgadnioną naturę piłki, ale nie mogę zdzierżyć gola, choć pięknego, to jednak strzelonego czystym przypadkiem moim pupilkom znad Tybru! Jak mam inaczej nazwać strzał Zlatana Ibrahimovica, który zapewne pozbawił moje Squadra Azurra szans na awans do ćwierćfinałów! O słodki farcie! Przybywaj i ratuj Włochy w ostatniej kolejce!

Szczena opada i potęga taktycznej determinacji

Już pierwsze spotkanie w grupie D zwiastowało nie lada emocje. Kiedy jeszcze o godz. 18:00 na murawę stadionu Estadio Bessa w Porto wychodziły jedenastki Niemiec i Łotwy uśmiech towarzyszył obydwu. Naszych zachodnich sąsiadów, potrójnych mistrzów świata i Europy radował fakt, że pewne trzy punkty praktycznie zapewnią im awans dalej, nawet z drugiego miejsca. Łotysze zachowywali uśmiech, bo jak nie radować się z faktu świetnej gry w pierwszym meczu i komforcie tzw. antybalastu outsidera. Chodzi po prostu o to, że Łotwa na Euro nie ma nic do stracenia. W ich przypadku możliwe jest zarówno zdobycie trzech punktów, jak i paskudna klęska w stosunku np. 5:0. Po spotkaniu śmiali się już tylko ci drudzy. Remis w meczu murowanych faworytów z Łotwą! Posada trenerska Rudiego Völlera jest po tym spotkaniu tak pewna jak to, że Polska awansuje jeszcze do Mistrzostw. Szanse oceńcie Pastwo sami...

Phi... Patrząc na wszystkie te mecze nie sposób nie zauważyć, że ostatni był absolutnym majstersztykiem reżyserskim futbolu. Zaserwowano nam tak monumentalną dawkę umiejętności piłkarskich, pojedynków i dramaturgii, że wszystkie Hamlety, Antygony, Makbety świata są jak przespana dobranocka! Tak! Spotkanie dwóch niekwestionowanych pretendentów do wyjścia z grupy: Holendrów z Czechami było jak dotąd absolutnym, nieprawdopodobnie interesującym i wspaniałym dreszczowcem. Brak w zasadzie słów aby wyrazić to, co przegapił nieostrożny widz Euro, który ominął to wydarzenie. Właściwie minęła go esencja piłki nożnej; przedwczesny finał i niepowtarzalne w historii spotkanie dwóch gigantów gry ofensywnej. A dla podopiecznych czeskiego trenera Karela Brücknera nie zaczynało się ciekawie... Bowiem już w 4. minucie potężnym strzałem głową z dośrodkowania Robbena pokonał bramkarza Czechów, obrońca Oranje - Bouma. Mecz rozwijał się znakomicie; do ataku przystąpiła drużyna czeska na czele z Roscickim oraz szalonym i walecznym Nedvedem. Odpowiedzi Holendrów były natychmiastowe. Szybkie i cudowne dla oka kontrataki, akcje pozycyjne co rusz kończyły się śmiertelnie groźnymi uderzeniami Seedorfa czy Van der Meyde. Wydawać by się mogło ostateczny cios zadano w 19. minucie spotkania. Po kolejnej kontrze świetne równoległe do bramki podanie Robbena wykorzystał superstrzelec MANUtd - Ruud van Nistelrooy, waląc z najbliższej odległości niemal do pustej bramki Cecha. To było wystarczającym impulsem dla selekcjonera Czechów do postawienia wszystkiego na jedną kartę - ustawienia drużyny ofensywnie. Do gry włączyło się w sumie sześciu typowo atakujących graczy; Nedved, Rosicky, wprowadzeni Smicer i Poborsky, Baros i wieżowiec Jan Koller. Ponadto do ofensywy przesunął się Jankulowski oraz zmieniony w 2. połowie za obrońcę - Galaska - Marek Heinz. Takie ustawienie Czechów było ryzykowne, ale jak się później okazało - zbawienne. Kontaktowego gola zdobył jeszcze w 23. minucie Koller. I nagle na idiotyczny pomysł wpadł trener Oranje - Dick Advokat. Nie potrafiąc nauczyć się na boiskowym błędzie z eliminacji (przegrana z Czechami 3:1) zdjął zeń najlepszego zawodnika - Adriana Robbena oraz niezłego Van der Meyde. To było przyczyną ostatecznej klęski Holandii, która sama w sobie grała cudownie - cóż więc napisać o grze Czechów... A ta potężna repeta Nedveda z ponad 30. metrów, która odbiła się od poprzeczki, niemal łamiąc ją! Potem - 71. minuta; cacko - wolej Milana Barosa, który prawie zniszczył siatkę w bramce van der Saara! 88. minuta - po dwójkowej akcji Poborskiego ze Smicerem - i gol!!! Nagle Czechy niemal zmartwychwstały z popiołu porażki, prezentując swoje piękno i możliwości gry w ataku. Stare wygi zmixowane z młodymi szalonymi, mającymi pomysł na grę wilkami dały całemu światu lekcję futbolu. Temat brzmiał: Gramy zawsze do końca!

P.S. z taką grą finał bez Czechów będzie smętny jak katowicka Rawa! Czechy - do boju!
an-am

© A.D. 2003-2013 Redakcja ministranci.archidiecezja.katowice.pl