jesteś tu: Duszpasterstwo Ministrantów > Felietony

Pierwsze przetarcie...

czyli minęła pierwsza runda spotkań w Euro 2004

Oczy me napawają się jego cudownym widokiem. Serce przyspiesza na sam jego widok. Ślinianki wariują na myśl o kolejnych doznaniach. Tak. Turniej Euro 2004 już się zaczął. Oto jak przebiegła jego początkowa faza w oczach zagorzałego fanatyka piłki nożnej w Europie.

Już sam mecz otwarcia stał się symbolem. Po raz pierwszy w historii imprezy przegrał w nim gospodarz turnieju - Portugalia. I nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby napisać, że stało się to za sprawą znakomitej taktyki przeciwnika - Grecji, która już na starcie stała się rewelacją mistrzostw. Styl, w jakim powstrzymali napierających Portugalczyków był znakomity, zważywszy na szalejącą na trybunach z obłędu miejscową publiczność. Z resztą po tym meczu na kompanię Figo and company spadła przygniatająca fala krytyki. Śmiem twierdzić, że słusznej. Wszyscy zagrali nazbyt bojaźliwie, bez przekonania w swoje niezaprzeczalne zdolności i możliwości. Otwierający gol Euro padł bowiem już w 7. minucie spotkania, po nonszalanckich, wręcz lekceważących przeciwnika podaniach na 30-35 metrze połowy gospodarzy. Piłkę przejął pomocnik Grecji - Karagounis i lutnął w lewy róg obok spóźnionego bramkarza Ricardo. Kategoryczny błąd popełnił przy tym, jakby nie było, "stary wymiatacz"- Fernando Couto. Nawet żałosny Tomasz Hajto w meczu z Portugalią na ostatnim mundialu nie odwrócił się plecami do strzelającego. Taka wpadka portugalskiego obrońcy zaważyła na jego nieobecności w kolejnym spotkaniu. Później jak wszyscy wiemy Grecy "wrzuciwszy na luz" wykorzystali brak obycia boiskowego Ch. Ronaldo, który sprowokował inauguracyjnego... karnego. Na brameczkę niechybnie zamienił go Basinas w 51. minucie.

Pod koniec spotkania ważną bramkę zdobył z główki po rzucie rożnym ten sam Christiano Ronaldo, który pogrzebał szanse Portugalii na wygranie tego spotkania. Może gdyby nie to trafienie, nastroje w ekipie byłyby na tyle fatalne, że do końca turnieju jej zawodnicy (2 mecze) nie podnieśliby się z takiej wpadki. Tak więc już samo rozpoczęcie Euro zwiastowało nie tylko niespodzianki, ale i esencję piękna futbolu - nieprzewidywalność, dramaturgię i brak z góry nakreślonego scenariusza. Jednym słowem to, co tak bardzo kocham w piłce.

Dalsze dwa mecze to, jak łatwo było się domyśleć kłamię; patrz linijkę wyżej), niezbyt ciekawe widowiska. Hiszpanie dość gładko, ale nie bez potu pokonali 1:0 Rosję. Bramkę zdobył niesamowity Valeron, który wszedł w 62. minucie, a gola strzelił... 2 sekundy później. Co do rywalizacji szwajcarsko-chorwackiej - nic dziwnego, że spotkanie to wyglądało jakby piłkarze nie mieli co najmniej nóg. Powolność, statyczność i zionąca nuda, jak na Euro, sprawiły, że wynik niezadowolił nikogo. Po ostatnim gwizdku sędziego było 0:0. Powód: to, co dręczy wszystkie ekipy od początku - niebotyczne upały. W cieniu przekraczające 30oC nie wspominając o palącym portugalskim słońcu, w którym zmuszeni są walczyć zawodnicy w meczach o 17:00 czasu miejscowego. Mordęga.

Jednak nic nie zapowiadało tego, co na stadionie finałowym - Estadio da Luz wydarzy się tamtego pamiętnego wieczoru, 13 czerwca. Zdeterminowana i, co tu ukrywać, lepiej grająca Anglia niespodziewanie przerwała znakomitą passę meczów Francji bez straty gola, aplikując go w 38. minucie pierwszej połowy. Po precyzyjnym dośrodkowaniu Beckhama piłkę do siatki obrońców trofeum Henri Delaunay'a skierowała gwiazda Chelsea - Frank Lampard.

Przy tym uderzeniu goalkeeper "Tricolores" - Barthez nawet nie brudził sobie spodenek, rezygnując z interwencji. Po zmianie stron odważniej, ale i tak nieskutecznie przypiliła Anglików ambicja aktualnych mistrzów Europy. Nieudanie atakowali Henry i Trezeguet. Wtedy nadszedł ten zabójczy finisz. Najpierw po faulu Neuvilla na 24. metrze piłkę ustawił Zinedine Zidane, aby uderzyć z wolnego. Rozszalały mur piłkarzy angielskich tylko czekał, aby sparować uderzenie wielkiego Zizou. Ale ja nic wtedy nie mówiłem. O nic nie błagałem. Powiedziałem tylko w duszy: "Zidane; ja ci ufam. Rypnij im i po krzyku". I tak też się stało! Wspaniały, nie przesadzę stwierdzić: międzygalaktyczny geniusz piłki uderzył idealnie w lewy róg bramki Davida Jamesa - tam, gdzie właśnie go nie było. 91. minuta i już remis, po 57. chwilach oczekiwania. Ci Francuzi, którzy w niesmaku zdążyli wyjść ze stadionu, zapewne już odebrali sobie życie. To co zdarzyło się potem warte było wszelkich pieniędzy za bilet, który zmarnowali. Oto nastała 93., ostatnia z doliczonych przez sędziego dodatkowych minut. I niczym w pamiętnym jak własna komunia finale Ligi Mistrzów, kiedy to w trzy minuty Manchester United zaszlachtował Bayernem (1999), tak teraz nie obyło się pewnie bez kilku zawałów przed telewizorami. Połowa Anglików. Brak naporu Francuzów. Idiotyczne, niczym nie wymuszone oddanie piłki Stevena Gerarda do własnego bramkarza. Po co? Dlaczego? Zbyt słabe podanie staje się łupem Thierrego Henry. W zderzeniu napastnika "Tricolores", James fauluje go. W zespole angielskim żałoba i strach. Ułamek ulotnej jak gołębica sekundy spada na nich jak wyrok szponów orła. Te dwie skrajności łączą się w przeszywającym każdy milimetr sześcienny stadionowego betonu gwizdku Markusa Merka. Jego gest wskazujący na "łysinkę 11 metra", skąd wykonuje się rzuty karne był jak opadanie gilotyny. Tyle, że bardziej niż ta bolesny. Nie minęło parę chwil, a już Zinedine Zidane pogrzebał radość Anglików z dobrego rozpoczęcia Euro 2004. Ostatecznie było 2:1 w najlepszym chyba dotąd, obok spotkań Niemcy-Holandia i Szwecja-Bułgaria. Piszę chyba, bo każdy swoje gusta ma i niech w nich zatwardziale trwa.

Dzień później, po popołudniowej batalii Dania zremisowała z włoską Squadra Azurra. Mecz nie dawał wielkich emocji. Goli zabrakło, bo fenomenalnie bronili obaj bramkarze. Z jednej strony szalony Buffon, z drugiej genialnie paradująca tego upalnego dnia duńska zapora Tomas Sörensen. Ponadto skandaliczne zachowanie Francesco Tottiego z Włoch zasługiwało co najmniej na czerwoną kartkę, jeśli nie na wykluczenie przez federację z turnieju. W ostatniej minucie gry perfidnie i z premedytacją zaatakował wyprostowaną kończyną nieosłonięta nogę Daniela Jensena. Poza tym zawodnik był bez piłki co już samo przez się, panie rozpuszczony pięknisiu Totti, kwalifikowało się na wyrzucenie z boiska. W dodatku już wiadomo, że ze względu na zauważone przez duńską telewizję oplucie rywala - Christiana Poulsena, UEFA zawiesiła Tottiego na 3 mecze, tak więc będzie on mógł wystąpić dopiero w... półfinale, jeśli oczywiście "makaroniarze" wyjdą z grupy. A to nie będzie takie łatwe, bo Totti od 2000 roku jest napędem drużyny, a i remis z Duńczykami pokomplikował ich sytuację. Wróćmy jednak do milszych, czysto sportowych spraw. Wieczór można śmiało nazwać rzeźnią Bułgarów. Jeszcze przed meczem spekulowało się o tym, że "potomkowie" Stoiczkowa mogą sporo namieszać na mistrzostwach. Jednak los chciał inaczej...

Do 25. minuty sporą przewagę głównie za sprawą Stiliana Petrova i Milena Petkova wypracowali sobie Bułgarzy. Kilka świetnych akcji zakończonych uderzeniami na bramkę Isakssona mogło się podobać i dawać nadzieje na dobry wynik tej drużyny. Niestety od 38. minuty, kiedy to kontratak i błąd obrony bałkańskich piłkarzy wykorzystał Ljundberg, w szeregach Bułgarów było już tylko gorzej, aż do 91. minuty. W międzyczasie formą błyskał jeden z najlepszych napastników świata przełomu tego tysiąclecia - Henrik Larsson. Wespół z Ibrahimovicem nie raz i nie dwa stwarzali pod słupkami Zdrawkowa świetne sytuacje. Czoła chylę zwłaszcza przed Larssonem - dwa gole (w 57. i 58. minucie) były nie tylko zabójcze, ale i piękne. Pierwsza - z świetnego szczupaka, druga - z nieprawdopodobnego kąta pod poprzeczkę zachwiały nawet moją nieprzejednaną niechęć do Szwedów. Jak znam jednak życie - do meczu z kochanymi Włochami - przejdzie mi. Podsumowując - Bułgarzy nie zasłużyli na aż taką lekcję pokory. 5:0 to zdecydowanie za dużo. Wracając do strzelców; resztę goli zdobyli: Ibrahimovic (78. z karnego) oraz w 91. - Aalback.

Ostatni dzień rozgrywek pierwszej rundy również przyniósł i emocje i sensację. Po pierwsze nasi eliminacyjni pogromcy z Warszawy - Łotysze, urządzili Czechom ostrą przeprawę przez mękę. Skazani na dolę outsidera grupy śmierci - D, nie dali się zepchnąć do obrony i sporadycznie atakowali. Skutek przyniosło tuż przed przerwą. Po nieudanej akcji Czechów szalony kontratak lewą stroną boiska podjął Prochorenkovs. Podając do Verpakovskisa, który dość nieporadnie pokonał Petera Czecha, wprawił w euforię łotewskich kibiców, a Czechów w zaskoczenie. Oto "pokarm" dla punktożerców, totalny debiutant na jakiejkolwiek imprezie mistrzowskiej prowadził z byłymi wicemistrzami Europy i murowanymi pretendentami w tym meczu do zgarnięcia kompletu punktów! Widmo blamażu zmusiło w drugiej połowie "Pepicków" do koncentracji i szturmu na bramkę Kolinki (niespokrewnionego z łysym sędzią bramkarza Łotwy, który jako jedyny nie posiada nazwiska kończącego się na "s" spośród ekipy Bałtów). W rezultacie mecz zakończył się wymęczonym zwycięstwem naszych południowych sąsiadów 2:1 po trafieniach Barosa i Heinza.

Z kolei drugie spotkanie w grupie D należało już do programowych klasyków. Po raz 37. w historii, ekipy Holandii i Niemców stawały w piłkarskie szranki. Ku zaskoczeniu obrony "pomarańczowych", zasłoniętego van der Saara, a przede wszystkim samego pomocnika, pierwszy gol padł po rzucie wolnym niemal z rogu boiska. Dośrodkowanie niemieckiego pomocnika Borussi Dortmund - Torstena Fringsa, przeszło na polu karnym wszystkich, razem z zaskoczonym zupełnie bramkarzem Holandii. Piłka odbijając się jeszcze od słupka uniemożliwiła wybicie jej z bramki van Bronckhorstowi. Od 30. minuty gry było więc 1:0 dla aktualnych wicemistrzów globu. Ale ponownie powtórzyła się dewiza "kto szuka nie błądzi" czy też "łup, a może wpadnie". Zmotywowani przez znakomitych, rozśpiewanych fanów Oranje doprowadzili do wyrównania siedem minut przed końcem. Po dośrodkowaniu Van der Meyde piłkę do siatki cudownie wtedy broniącego Olivera Kahna skierował uderzeniem z nożyc sam król pola karnego - Ruud van Nistelrooy.

Wszystkie te mecze łączy kilka cech. Po pierwsze rzadko się zdarza, aby drużyna, która pierwsza straci gola nie wyrównała. A przecież motywacja do tego celu jest dla zawodników wielka - czeka ich chwała, w końcówce puchar mistrzowski no i przede wszystkim niebotyczna nagroda pieniężna od UEFA i rodzimej matki - federacji. Poza tym wszystkie uczestniczące ekipy wywarły na mnie pozytywne wrażenie w postaci świetnego przygotowania fizycznego i kondycyjnego. Nie było dotąd meczu, gdzie jedna drużyna grała w normalnym tempie, a druga ślamazarnie wlokła się po murawie. Nawet solidarnie męczyli się w skwarze Chorwaci ze Szwajcarami. Kolejną cechą wspólną, choć może mniej przeznaczoną do szczycenia się, są żółte kartki. Wprawdzie czerwonych pokazano zaledwie dwie (Rosjaninowi Szaronowowi oraz Helwetowi - Vogelowi), to "żółtą sprawiedliwość" wymierzano znacznie częściej. Pod tym względem rekordowe było spotkanie Hiszpanii z Rosją, gdzie zanotowano aż 8 kartek tego koloru i jedną wykluczającą. Świadczy to jednak nie tylko o stawce, ale i o nakładzie roli na formacje obronne, które nie zawsze przebierają w środkach. Ogółem pierwsza faza to aż 49 żółtych kartek (średnia 6.125 na spotkanie). Aby tego było mało, średnia bramek po pierwszej kolejce spotkań grupowych do małych nie należy - piłkarze przeciętnie zaliczają 2.125 gola na mecz! Podczas całych ostatnich ME 2000, średnia ta wyniosła 2.74 i była największa w historii, jeśliby liczyć "normalne" turnieje, od 1980 roku. Wcześniej bowiem grano systemem każdy z każdym i tylko czterema bądź sześcioma zespołami. Nic więc było wyjątkowego w tym, że np. w 1960 roku (ZSRR) średnio strzelano 4.25 bramek na mecz, a w rekordowym 1976 - 4.75 (wygrana Czechosłowacji).

Wszystko to składa się raczej na pozytywny obraz tej najlepszej europejskiej imprezy sportowej, która wg mnie przewyższa o jeden łeb same mistrzostwa świata. Styl, poziom i niesłychana atmosfera sprawiają, że każde Euro to koniec jednych piłkarzy czy zespołów, a brzask nowych gwiazd i rewelacji. Jeśli turniej, tak jak reprezentacja Hiszpanii w swej grze będzie się tak rozkręcał, to czeka nas do 4 lipca przepiękne, udekorowane barwnymi licami setek tysięcy kibiców widowisko, jakiego nie zna świat!

Drodzy czytelnicy, wierni kibice piłki nożnej. Pamiętajcie oglądając wszystkie mecze Mistrzostw pomyślcie także o waszych matkach, siostrach i żonach. Może trzeba im załatwić wcześniejszy urlop, wypad z koleżanką do kina, albo bezpłatny bilet do teatru na siedem spektakli pod rząd. To także ludzie, choć czasem ciężko w to uwierzyć, kiedy marudzą i wrzeszczą, że "znowu!". Wybaczcie ich frustrację i to, ale wzięliście z nimi rozwód na trzy tygodnie, a wy zdradzacie bądź wolicie telewizor niż ich towarzystwo. To czas jeden na dwa lata, kiedy dla nich nie ma naprawdę nic ważniejszego...

An-am (co ogląda każdy mecz!)

© A.D. 2003-2013 Redakcja ministranci.archidiecezja.katowice.pl