jesteś tu: Duszpasterstwo Ministrantów > Felietony

Dynia i znicz

Tomasz Adamski

Mam nadzieję, że Czytelnicy wybaczą mi ten tekst – zapewne mało ministrancki i różny od wszystkiego, czego można było się spodziewać w krótkim felietonie na temat Uroczystości Wszystkich Świętych. Czuję jednak obowiązek podzielić się swoim prostym spostrzeżeniem. Nie jestem w tym odosobniony, a jednak cały czas czuję, że myślę inaczej niż większość.

W ten szczególny okres – czas szczególnej czci świętych, wzmożonej modlitwy za zmarłych, ciszy, refleksji i zadumy, ale także niewysłowionej radości wynikającej z wiary w obcowanie świętych, w tę Uroczystość Kościoła Katolickiego wkracza z roku na rok coraz silniej obcy naszej wierze kult – uwielbienie zmarłych i duchów, zwane potocznie „świętem” Halloween.

Noc niczyja

Uroczystość Wszystkich Świętych to czas szczególny. Godne przeżycie tego święta jest związane z rzetelną refleksją o powołaniu człowieka do życia w jedności z Bogiem. Jeżeli można powiedzieć, że czcimy jakichkolwiek ludzi obok Chrystusa to jest to właśnie zgromadzenie świętych. Stajemy przed tajemnicą obcowania osób, którym udało się pozostać wiernym Bogu do końca. Przez nich oddajemy cześć Stwórcy – Panu Bogu, który z miłości pragnie naszego zbawienia i wydał na krzyż własnego Syna. To dar, którego ceny nie będziemy nigdy potrafili wynagrodzić, ani w pełni docenić – trzeba to zrozumieć. Jednak z tego daru można i należy skorzystać. Święci to osoby, którym się to udało.

Halloween, jako przedświęto tej wspaniałej Uroczystości jest jego karykaturą – jak zresztą wszystkie złe zwyczaje kalendarzowo związane z chrześcijańskimi świętami. Historycznie odwołuje się do pogańskiego kultu celtyckich kapłanów, którzy noc z 31 października na 1 listopada uważali za magiczną. W ich rozumieniu był to czas duchów, ponieważ ta noc była przejściem ze starego do nowego roku – coś na kształt naszej nocy sylwestrowej, z tą różnicą, że my dość jasno wyznaczamy chwilę, w którym stary rok zmienia się w nowy, a celtyccy poganie od zmierzchu do świtu uważali noc za „niczyją”. I właśnie dlatego, że niczyją – nazwali ją nocą duchów.

Z wyższej półki

Oczywiście nikt nie wymaga od nas żebyśmy krzyczeli po dzieciach, które dla zabawy w ten wolny dzień pukają do drzwi sąsiadów ze szczerym uśmiechem i jeszcze bardziej szczerym szantażem: „cukierek albo psikus!”. To nie jest najbardziej niebezpieczne w Halloween, a z dziećmi wystarczy przecież spokojnie porozmawiać i wyjaśnić. Kult zmarłych ogółem, a kult świętych to dla każdego logicznie myślącego człowieka zupełnie inna bajka. W skrócie powiedzmy sobie, że zmarli mogą być różnego sortu, święci – choć ich droga do stanu szczęśliwości zawsze różna – są do siebie bardzo podobni, nazwijmy to: z równej, wyższej półki. Stąd niezależnie czy modlimy się do św. Tomasza z Akwinu czy do św. Augustyna. Bo chociaż spojrzenia na pewne sprawy mieli zgoła odmienne, to obaj są święci i orędują za nami u Boga.

W związku z powyższym, naturalnym staje się pytanie: skąd taka popularność Halloween? W mojej skromnej opinii - która w tym wypadku zupełnie abstrahuje od jakiejkolwiek teologii – więcej pieniędzy można zarobić na kostiumach, makijażach i dyniach niż na prostych zniczach. Człowiek balujący, bawiący się jest zawsze bardziej skłonny do wydatków niż ten, który czas poświęca refleksji. Na wyciszeniu nie da się zarobić.

Festyn kurzu

Mechanizm dość prosty, ale funkcjonuje doskonale do dziś – tam, gdzie nie ma miejsca na Boga, tam sączy się zabobon. Nie potrzebuje do tego ludzkiej pomocy, pojawia się sam jak kurz na telewizorze. Dlatego trzeba go raz na jakiś czas przetrzeć – gdy tego nie robimy, osiada i przeszkadza. I taki jest efekt bierności – Halloween przestaje być małym festynem nocy niczyjej, a staje się wystawnym bankietem niczyjego świata.


© A.D. 2003-2013 Redakcja ministranci.archidiecezja.katowice.pl