jesteś tu: Duszpasterstwo Ministrantów > Felietony

Jerzy Dudek Gracz!

To był finał! Gdyby ktoś chciał definicji futbolu, mógłby śmiało skonstruować ją na podstawie ostatniego, 50. już finału Ligi Mistrzów, który odbył się na stadionie Atatürk w Stambule (25 maja 2005). Było w nim wszystko to, co tak bardzo elektryzuje i wprawia w zachwyt miliardy kibiców tego przepięknego sportu, jakim jest piłka nożna.

Zaczęło się nieciekawie. Już w 46. sekundzie (nie sprawdzałem, ale to chyba najszybsza bramka w historii finałów LM) szczęśliwego gola zdobył dla AC Milan stareńki Paolo Maldini - żywa legenda klubu z Mediolanu. To trafienie podłamało zawodników FC Liverpool, zwłaszcza Jerzego Dudka, który ledwo zapiął rzepy na rękawicach, a już musiał wyciągać piłkę z siatki. Popłoch nastąpił także w kibicach "angielskiej nadziei" na Puchar. Dwa kolejne trafienia Crespo nastąpiły po fatalnych, skandalicznych jak na tak świetnie wcześniej grającą obronę Liverpoolu. Dudek tylko przy drugiej bramce mógł zdziałać cokolwiek. Nie zrobił nic...

Postawa naszego reprezentacyjnego bramkarza nie wzbudzała zachwytów. Również atmosfera w klubie (nie tylko tym sportowym... :) była fatalna. 3:0 do przerwy to wynik nie do pozazdroszczenia, zwłaszcza, że nadziei na wygraną nie było widać wcale. Świetnie grała linia obrony Milanu, a co rusz następowały groźne kontrataki. Czwarty gol i ostateczna klęska Liverpoolu wisiały w powietrzu...

Lecz druga połowa spotkania ukazała nie tylko piękno piłki - sportowy charakter i ambitną wściekłość podsycaną tysiącami gardeł wiernych kibiców pokazali zawodnicy "The Reds". W sześć minut po znakomicie przeprowadzonych sytuacjach (i wybitnej ciapowatości bramkarza Milanu - Didy) było już 3:3! Finał rozpoczynał się wiec od nowa! Koniec meczu nie przyniósł rozwiązania, pomimo świetnego tempa i minut pełnych walki oraz zaciętości. Wreszcie dogrywka - bez żadnych złotych, srebrnych czy nawet platynowych bramek. Na starych, dobrych zasadach - "silniejszy wygrywa". Tak zwykle bywa, że w stresie popełnia się głupie błędy. Andrij Szewczenko mógł zapewnić drugi w ciągu 3 sezonów Puchar LM dla Milanu. Na drodze stanął mu przeciętnie grający tego wieczoru Dudek. Obronił strzał z trzech metrów, który w normalnych okolicznościach musiał stać się golem! Ale to był finał... Ten rządzi się swoimi prawami - na szczęście...

Dogrywka tylko jeszcze bardziej zmęczyła piłkarzy obu drużyn. Gdy nadszedł jej koniec w wielu sercach polskich kibiców wkradła się myśl: To może być mecz Dudka! Jeśli nie teraz - to kiedy? Rzuty karne. Odwieczna polemika o szczęściu i pechu - umiejętnościach i przypadku. Co by jednak o nich nie mówić - są apogeum emocji sportowych. Kibice nigdy nie siedzą, a i rzadko stoją podczas nich. Wówczas zazwyczaj skacze się w górę, albo klęczy i skomle. Jerzy Dudek zakręcił dwa razy "panterkę" (wił się i tańcował przed zawodnikami mającymi strzelać "karniaki"), a raz nawet kultywował wspaniały szkolny rytuał każdego WF-u w podstawówce - "pajacyki". Zdezorientowani Milaniści osłupieli na ten widok i wykorzystali tylko dwa z pięciu rzutów karnych. Ostatni z nich strzelał as Milanu - Szewczenko - najlepszy gracz Europy ubiegłego sezonu. Mówiłem sobie - "no to klops...". A tymczasem "Dudzio" broni jedenastkę i pół Europy oszalało ze szczęścia, w tym Polska kibicująca Dudkowi (Szkoda, ze przez większość meczu trzeba było skanować - "Nic się nie stało, och dudek nic się nie stało...") Liverpool wygrał! Dudek bohaterem Polaków i "The Reds"! Usta niedowiarków - zamknięte! Tylko te lapidarne i zwięzłe frazesy przychodzą mi do głowy. Są jak te trzy gole Liverpoolu, strzelone w niecałe sześć minut - piękne i wymowne.

Jest jeszcze jedno hasło, które na zawsze wyryję sobie w sercu i będę powtarzał z zawziętością maniaka, gdy będę grał w meczu, który jest pozornie "przesądzony". To słowa "NULLA IMPOSSIBILE!" - nie ma niemożliwego!

Po tym finale wiem, że tak jest!!!
An-am

© A.D. 2003-2013 Redakcja ministranci.archidiecezja.katowice.pl