jesteś tu: Duszpasterstwo Ministrantów > Artykuły

Rozważanie na IV Niedzielę Adwentu 2007

Przyznam się szczerze że nie chce mi się wierzyć, iż tak szybko upłynął Adwent. Jutro wieczorem zasiądziemy do stołu wigilijnego.

Lubię sobie w okresie Bożego narodzenia usiąść wygodnie na fotelu, i wrócić pamięcią do moich lat młodzieńczych, kiedy święta Bożego narodzenia spędzałem w domu. Był to najpiękniejszy czas. Kiedy kończyły się roraty, to zmieniała się atmosfera w domu. Było czuć, że święta są już blisko. Głęboko utkwił mi w pamięci dzień wigilii. Zawsze na ósmą rano szliśmy do kościoła. A potem, ktoś z nas, bardzo często szedł zemleć mak na wspaniałe makówki. Oczywiście w tym dniu, obowiązywał ścisły post. Można było zjeść tylko obiad (bezmięsny). Każdy z nas miał do wykonania swoje zadania. Ja jako ministrant, do południa pomagałem w kościele i na probostwie - ubierać choinkę, zakładać dekoracje świąteczne. Była to wielka frajda. A popołudniu w domu - stroiłem swój pokój, i razem z rodzeństwem pakowaliśmy prezenty do rodziców. W tym czasie mama z tatą przyrządzali wigilijne potrawy. Ślinka ciekła, ale nie wolno było skosztować. Po południu, razem z mamą, przygotowywaliśmy stół wigilijny. Lubiłem to robić. Zawsze popisywałem się moimi zdolnościami dekoratorskimi. Oprócz potraw na stole zawsze było: Pismo Święte, krzyż, zapalona świeca, oczywiście opłatki, i sianko pod obrusem. O godzinie 18.00 rozpoczynała się wigilia. Najpierw tata prowadził modlitwy, za żyjących i zmarłych członków rodziny, później ja czytałem fragment z Pisma Świętego o Bożym Narodzeniu. Po czytaniu był czas na przełamanie się opłatkiem. Tu też była hierarchia. Wpierw tata składał wszystkim życzenia, dalej mama, ja, mój młodszy brat i na końcu siostra - bo jest najmłodsza. Po życzeniach trzeba było skosztować każdej potrawy. Nie wolno było powiedzieć - ja tego nie lubię. Kiedy każdy skosztował wszystkiego to można było jeść to co najbardziej smakowało (niech żyją makówki!!!). Kiedy już brzuchy były pełne to braliśmy do rąk skarbczyki i tata intonował kolędy. Prześpiewaliśmy wszystkie kolędy, które były w skarbczyku. Cóż to był za śpiew... Na końcu trzeba było iść pod choinkę i zobaczyć prezenty. Zawsze rodzice nas czymś zaskakiwali. To jeszcze nie koniec. Dobry gospodarz pamięta o swoich zwierzętach. Trochę jedzenia z stołu tata zabierał do zwierząt. Oczywiście w tym jedzeniu był pokruszony opłatek. Po wigilii wspólnie sprzątaliśmy i siadaliśmy do stołu przy dobrej kawie, słodyczach. Oglądaliśmy telewizor, słuchaliśmy kolęd, dzwoniliśmy do rodziny z życzeniami - tak do godziny 23.00. Ponieważ nie mieszkałem w centrum Mikołowa, to do kościoła na pasterkę trzeba było iść ok.20 minut pieszo. Jak był wieki mróz, dużo śniegu to szło się dłużej. Pasterka zawsze była pięknie odprawiana. Ks. Proboszcz dbał aby ta szczególna Msza zostawiła ślad w naszych pamięciach. Kościół przepełniony. Profesor Szymański - organista mikołowski przy organach. I rozpoczęło się. Ludzie radośni, śpiewają kolędy - jedna, druga trzecia zwrotka. Msza Pasterska trwała prawie dwie godziny. Po Mszy składaliśmy my sobie życzenia. Ministranci między sobą, z księżmi, kościelnymi itd. W pierwszy dzień Świąt szliśmy do kościoła na 9.00 a później wspólny obiad. Rodzice na mnie czekali bo byłem ministrantem i wiele czasu spędzałem w kościele. Po południu nieszpory kolędowe. I resztę dnia z rodziną. A w drugi dzień świąt jechaliśmy do Panewnik zobaczyć szopkę franciszkańską. Były to najpiękniejsze chwile w moim życiu. Wiele się nauczyłem i myślę, że teraz to promieniuje w mojej pracy duszpasterskiej.

Ks. Arkadiusz Sitko
serdecznie dziękujemy ks. Arkadiuszowi Sitko za przygotowane przemyślenia i rozważania


© A.D. 2003-2013 Redakcja ministranci.archidiecezja.katowice.pl