jesteś tu: Duszpasterstwo Ministrantów > Artykuły

KRÓL PRZYBYWA!

Tomasz Adamski

Porażka jest zawsze dnem dwojakiej natury – miękkiego mułu lub twardego kamienia. I tylko od tego, jak na nią zareagujemy zależy czy będziemy mieli się od czego odbić. Każdy z nas dźwiga swój krzyż i zdarza się, że pod nim upada. Jednak cel, do którego dążymy wymaga od nas, abyśmy podnosili się i szli dalej. Szli za Jezusem.

- Dziękuję ci – powiedział król. Były to pierwsze słowa jakie usłyszał od niego namiestnik, odkąd zostali sami.

Przyjęcie skończyło się. Wszyscy, poza służbą wyznaczoną do uporządkowania Sali Bankietowej, udali się do swoich domostw, aby odpocząć. W ogromnej komnacie, przeznaczonej do audiencji, w ciszy i cieniu wczesnego grudniowego poranka siedziały naprzeciw siebie dwie osoby – namiestnik i król. Rozmawiali szeptem, wtórowało im tylko szemrzące echo, odbijające się leniwie od ścian.

- Za co? – zapytał namiestnik. Nie był zdziwiony. Co prawda, nie oczekiwał podziękowań, ale spodziewał się ich. Prawdę mówiąc, sam nie wiedział, dlaczego zadał takie pytanie.

- Za to, że mnie nie zawiodłeś – z uśmiechem odparł król.

Krótko i treściwie – tak odpowiadał król, odkąd tylko jako dziecko zaczął mówić. Jednak namiestnikowi coś nie dało spokoju. Być może chodziło tu o tę specyficzną tajemniczość, z jaką mówił władca, a może coś innego. W każdym razie namiestnik postanowił drążyć temat.

- Nie zawiodłem? A Justa? Uciekł i gdybyś go nie znalazł, królu, to pewnie już dawno zginąłby gdzieś w lesie.

- Nie zawiodłeś. Królestwo, które zostawiłeś mi pod opieką nie tylko było przygotowane do dzisiejszego dnia, ale jest też przygotowane na dalszy czas. Mogę powrócić do swoich obowiązków bez żadnych zmartwień i niczego nie muszę poprawiać. Nie zawiodłeś. Poza tym, to on mnie znalazł, nie ja jego... Ja wiem? Zwierzęca intuicja... – zamyślił się i spoważniał. Namiestnik zmartwił się, ale na szczęście jego troskę rozwiał uśmiech ukochanego władcy. – Ale to dobrze, że o nim wspominasz. Chodź ze mną!

Wyszli z komnaty. Wśród cichych odgłosów, dochodzących ze sprzątanej Sali Bankietowej i głuchego odgłosu kroków czterech stóp na schodach, opuścili zamek. Namiestnik zorientował się, że zmierzają w stronę stajni. Po drodze minęli opiekuna koni, który wśród zamaszystych ukłonów zdołał odpowiedzieć twierdząco na pytanie króla, czy wszystko jest gotowe. Chwilę później namiestnik i władca wspólnie podziwiali Justę.

- Od dziś jest twój – powiedział król. Pytające spojrzenie, jakie napotkał w odpowiedzi postanowił skwitować radosnym uśmiechem – Żałuj, że się teraz nie widzisz! Tak, Justa od dziś jest twój. Może nareszcie przestaniesz zamartwiać się jednym niepowodzeniem, a najlepszy koń w królestwie nie będzie ci się kojarzył z jakimś małym błędem. A teraz chodźmy, bo trzeba zaznać trochę snu. Jutrzejszy dzień, nie będzie łatwiejszy od dzisiejszego, a sił brakuje.

W milczeniu wrócili do zamku, każdy do swojej komnaty. Nie musieli mówić niczego więcej. Justa był symbolem, który przemawiał wystarczająco wyraźnie.

 

Minęło już trochę czasu od chwili, gdy dzień, na który tak długo czekałeś, przyszedł - równie niespostrzeżenie jak się skończył. By mógł przynieść owoce, nie możemy poprzestać na samej świadomości, ze dzień był. Trzeba nieustannie zadawać sobie pytania: jaki był? czy byłem przygotowany? co mogłem zrobić lepiej?

O naszym życiu i drodze

Historia, której byliśmy świadkami przez ostatnie tygodnie opowiada – choć zabrzmi to bardzo trywialnie – o naszym życiu. A szczególnie o okresie, w którym intensywnie na kogoś czekamy, spodziewamy się czyjejś wizyty i robimy wszystko, by naszemu gościowi było u nas jak najlepiej. Takim czasem jest Adwent, który właśnie minął, ale też całe nasze ziemskie życie jest ciągłym oczekiwaniem na powtórne przyjście Chrystusa.

Powyższy fragment tej historii ma za zadanie uświadomienie nam jednej podstawowej sprawy. Pan Bóg widzi nasze starania. A ewentualne upadki, niepowodzenia są wpisane w ludzką naturę. Jezus, który kilka dni temu narodził się w stajence upadał pod krzyżem w drodze na Golgotę, ale wstawał za każdym razem, ponieważ bez Jego Śmierci nie byłoby Jego Zmartwychwstania, a bez Jego Zmartwychwstania nie byłoby naszego Zbawienia.

Nasza droga jest podobna. Każdy z nas dźwiga swój krzyż i zdarza się, ze pod nim upada. Jednak cel, do którego dążymy wymaga od nas, abyśmy podnosili się i szli dalej. Szli za Jezusem. Wtedy on w swojej wszechmocy pomoże nam zlikwidować nasze słabości, a z naszych niepowodzeń zbuduje dla nas oparcie. To zupełnie tak, jak w powyższej historii.

Dno dwojakiej natury

Justa był symbolem totalnej klęski dla planów, które miał namiestnik. Już na początku przygotowań, ważny punkt Wielkiego Dnia okazał się porażką – Justa uciekł i plan trzeba było zmienić. Porażka jest zawsze dnem dwojakiej natury – miękkiego mułu lub twardego kamienia. I tylko od tego, jak na nią zareagujemy zależy czy będziemy mieli się od czego odbić. Brak miłosierdzia wobec chłopa, rozładowanie swojej frustracji z powodu niepowodzenia i realizacja raczej własnych negatywnych uczuć, niż rzeczywistego planu uczyniłaby z małej wpadki (bo za taką uważał ją król) klęskę totalną.

Pan Bóg wszystko widzi i w swojej niezgłębionej mądrości nie ma problemów z naprawieniem naszych błędów, uczynieniem dla nas prawdziwej korzyści z naszych upadków. To zasada, która uczy pokory i posłuszeństwa. I z tego miejsca życzę wszystkim Czytelnikom oraz sobie, abyśmy potrafili pokornie zaprosić do swojego życia Nowonarodzonego Chrystusa i świadomi naszych niedoskonałości oddali się Jego Opiece.

 

- Dziękuję ci.

- Za co?

- Za to, że mnie nie zawiodłeś.


© A.D. 2003-2013 Redakcja ministranci.archidiecezja.katowice.pl